Pokazywanie postów oznaczonych etykietą treściwą serią. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą treściwą serią. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 lutego 2014

Treściwą serią po Deep Purple cz. 6 - recenzje płyt Bananas, Rapture Of The Deep oraz Now What?!

Bananas
Skład: Ian Gillan - wokal; Steve Morse - gitara; Don Airey - instrumenty klawiszowe; Roger Glover - bas; Ian Paice - perkusja (Mk VIII)
Rok wydania: 2003
Ocena: poprawnie, ale przeciętnie; można posłuchać - 5/10

Płyta utrzymana w bardziej wyluzowanym stylu i niestety mało przekonująca. Niby jest tu trochę fajnych pomysłów i niezłych melodii, ale kompletnie brakuje ikry. Numery płyną, ale zupełnie nie przykuwają uwagi, a pomimo wielu przesłuchań, właściwie żaden numer nie zapada jakoś szczególnie w pamięć. Luzacki i rozbujany klimat jest fajny, ale brak haczyków oraz emocji mocno dołuje finalną ocenę płyty. Blado wypada Morse (choć momenty są np. w “Picture Of Innocence” czy “Bananas”), który jest tu ukryty gdzieś z tyłu, podobnie bez energii gra sekcja. Sporo jest za to ciekawych i różnorodnych klawiszowych motywów, wygrywanych przez następce Lorda - Dona Aireya (mocne ataki w końcówce “Sun Goes Down”, delikatne pogrywanie w “Walk On”, przepychanki z Morsem w “Bananas”). Odżył także Gillan, który może nie wrzeszczy tak przenikliwie, jak 30 lat wcześniej, ale ma więcej wigoru niż na poprzednich dwóch płytach. Sporo nagrań krótkich (3,5-4 minuty), które sprawiają wrażenie napisanych na kolanie, a takie “Haunted” to już ekstraklasa nudziarstwa. Do myślenia daje także fakt, że w pisaniu najlepszych numerów swój udział miał producent płyty Michael Bradford - Purplom chyba po prostu brakowało polotu w czasie nagrywania albumu.
Zdecydowanie dwa najlepsze nagrania to bluesrockowe, wolne "Walk On" oraz chwytliwe, ale i zadziorne, ciekawe gitarowo "I Got Your Number". Interesującą ciekawostką jest też 1,5-minutowe, nastrojowe "Contact Lost" - gitarowy hołd dla astronautów wahadłowca Columbia. Można jeszcze wspomnieć o relatywnie najdynamiczniejszym "House Of Pain".

Rapture Of The Deep
Skład: Ian Gillan - wokal; Steve Morse - gitara; Don Airey - instrumenty klawiszowe; Roger Glover - bas; Ian Paice - perkusja (Mk VIII)
Rok wydania: 2005
Ocena: bardzo dobre; każdy powinien się zapoznać - 8/10

Zdecydowana poprawa. Współpraca muzyków jest o niebo lepsza, udało się także wykrzesać znacznie większą dawkę energii i poweru. Całość jest nieco prostsza i cięższa, a brzmienie jest ostrzejsze i po prostu - bardziej rockowe. Jest też odpowiedni polot, luz i rozmach. Airey gra sporo teł, i dopiero w solówkach, w niemal każdym ,numerze pokazuje co potrafi, grając dużo szybkich i gęstych, nasączonych jazzowym luzem partii. Muzyka jest chwytliwa, dynamiczna i rytmiczna, a cała płyta jest równa - każdy numer ma w sobie coś fajnego (tylko “Don’t Let Go” nieco odstaje, choć i tutaj jest na koniec fajne klawiszowe plumkanie).
Znakomite wrażenie robi "Rapture Of The Deep" z orientalizującym motywem przewodnim i kapitalnymi solówkami Morse'a i Airey'a oraz niespiesznie i bardzo zgrabnie rozwijające się od nastrojowego początku po instrumentalne wywijanie "Before Time Began". Poziom bardzo dobry to także konkretne "Money Talks", pełne werwy "Kiss Tomorrow Goodbye" oraz zadziorne "Back To Back".

Now What?!
Skład: Ian Gillan - wokal; Steve Morse - gitara; Don Airey - instrumenty klawiszowe; Roger Glover - bas; Ian Paice - perkusja (Mk VIII)
Rok wydania: 2013
Ocena: znakomite i rewelacyjne; trzeba to mieć - 9/10

19-ty album grupy i w sumie 325 lat na karkach członków zespołu (najmłodszy Morse to rocznik ‘54, najstarsi Gillan i Glover - ‘45) - to robi wrażenie. Dlatego tym bardziej niezwykła jest ilość energii i czadu, którymi emanuje to wydawnictwo. Jest to bez dwóch zdań nie tylko najlepsza płyta z Morse'm, ale także najlepszy album od “Perfect Strangers”, czyli od 19 lat. W rolach głównych mamy tu zdecydowanie Airey'a i Morse'a, którzy wyczyniają prawdziwe cuda - czuć, że obu świeżbią tutaj paluszki i dają temu upust. Obaj nie grali nigdy lepiej w barwach Deep Purple - u Morse'a jest czad, precyzja i przestrzeń, Airey jest iście wszędobylski ze swoimi różnorodnymi brzmieniami (orkiestra, Hammond, elektronika, pianino), a razem świetnie współpracują. Wokal Gillana wprawdzie nie taki jak za dawnych lat, ale ogólnie daje radę, tym bardziej, że linie melodyczne, choć może nie są genialne, to trzymają naprawdę wysoki poziom. Sekcja także nie odstaje, a całość brzmi świeżo, ma ikrę i rockowy pazur, jakich Purplom mogłoby pozazdrościć wiele kapel młodszych o pokolenie.
Znakomite jest "Uncommon Man"* z przestrzennym, nastrojowym i rozbudowanym początkiem, dynamiczną częścią wokalną i kapitalną zabawą Hammondem, która przechodzi w pełną rozmachu solówkę Morse'a. Do tego "Apres Vous" z dużym wyczuciem podlane elektroniką, bardzo chwytliwe "Above And Beyond"* ze “wspinającym się” motywem przewodnim, bluesująco-jazzujące "Blood From A Stone, "Out Of Hand" ze smyczkowym otwarciem, szybkie i zadziorne "Hell To Pay" oraz nasączone horrorzastym klimatem "Vincent Price".

* Te dwa nagrania zadedykowano Jonowi Lordowi.

wtorek, 28 stycznia 2014

Treściwą serią po Deep Purple cz. 5 - recenzje płyt The Battle Rages On, Purpendicular oraz Abandon

The Battle Rages On
Skład: Ian Gillan - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instrumenty klawiszowe; Roger Glover - bas; Ian Paice - perkusja (Mk IIc)
Rok wydania: 1993
Ocena: bardzo dobre; każdy powinien się zapoznać - 8/10

Ostatnia płyta z Blackmore’m w składzie to zupełnie inna bajka niż poprzednie dwa albumy - tutaj potencjometr jest ponownie ustawiony na właściwym miejscu. Znów jest ostro i z rockowym pazurem, znów rządzi gitara, a w odpowiednim momencie włączają się organy. Gillan wrócił do składu po naciskach wytwórni i choć nie śpiewa już z taką werwą oraz energią jak dawniej, to nadal jest to duża klasa. Fajnie brzmi tu sekcja - jest tłusta i konkretna, a riffy Ritchiego są melodyjne i odegrane z lekkością oraz dynamiką, a do tego mamy kilka szybkich, mocno pokręconych solówek. Nagrania są chwytliwe - wystarczą 2-3 przesłuchania i wpadają w ucho niemal wszystkie numery - ale tam gdzie trzeba jest wykop i "mięcho". Całość jest nośna, ale nie ma tutaj ani naciągania melodii, ani nadmiernego słodzenia - udało się znaleźć złoty środek i w efekcie udane są zarówno te ostrzejsze kawałki (“Lick It Up”, “One Man’s Meat”, “The Battle Rages On”), jak i nieco bardziej miękkie, przebojowe nagrania (“Talk About Love”, “Time To Kill”). Zapewne takie miało być już “The House Of Blue Light", tylko, że tam wyszło to przeciętnie, o “Slaves And Masters” nie wspominając. W sumie całość kojarzyć się może - bardzo pozytywnie - z płytą "Coverdale & Page".
Świetne jest zadziorne "The Battle Rages On" z orkiestrowymi akcentami oraz blisko 6,5-minutowe "Anya" z akustycznym, nastrojowym, "flamengo'watym” wstępem, przechodzący w dynamiczne granie z zawodzącym Gillanem. Do tego mamy melodyjne, ale niepokojące "Solitaire", konkretne "One Man's Meat" z kanciastym riffem oraz chwytliwe "Talk About Love" i "Time To Kill".

Purpendicular
Skład: Ian Gillan - wokal; Steve Morse - gitara; Jon Lord - instrumenty klawiszowe; Roger Glover - bas; Ian Paice - perkusja (Mk VII)
Rok wydania: 1996
Ocena: jest lepiej niż dobrze, ale jeszcze nie bardzo dobrze - 7/10  

Zmiana na stanowisku gitarzysty spowodowała nieco lżejsze, a bardziej gęste i poplątane momentami brzmienie. Nasączyło to cały album ciekawymi klimatami, do których w swojej historii nigdy tak mocno Purple nie sięgali. Pojawiają się tutaj zarówno brzmienia folkowe, jak i jazzowe, do tego mamy też akcenty funky, a nawet lekko psychodeliczne. Album jest żywy, momentami wręcz skoczny, a przy tym mocno eklektyczny. Sporo jest eksperymentów, dużo ciekawych i zaskakujących rozwiązań brzmieniowych. Niestety - poziom jest przy tym dość nierówny i nie wszystkie elementy zazębiają się tak, jak powinny. Chwilami zdecydowanie brakuje także ciężaru i pewnej surowości, a części nagrań brakuje również wyrazistego rdzenia (choćby “Soon Forgotten” jest bardzo ciekawy brzmieniowo, ale dość bezsensownie kręci się w kółko).
Nagraniem, które swobodnie można zaliczyć do najlepszych w historii Deep Purple, jest “Sometimes I Feel Like Screaming", przechodzące od stonowanej ballady do bardziej energetycznego grania, ze znakomitym motywem przewodnim oraz rozbudowaną, głównie gitarową partią instrumentalną. Dobre jest także dynamiczne "Hey Cisco" z jazzującym basem, zadziorne "Somebody Stole My Guitar", kompletnie nie purplowskie, nerwowo pulsujące i luzackie "Rosa’s Cantina" oraz ostre i postrzępione "Vavoom: Ted The Mechanic" z jazzującymi, gitarowymi wygibasami.

Abandon
Skład: Ian Gillan - wokal; Steve Morse - gitara; Jon Lord - instrumenty klawiszowe; Roger Glover - bas; Ian Paice - perkusja (Mk VII)
Rok wydania: 1998
Ocena: po prostu dobra płyta - 6/10

Album dość podobny do poprzedniego, choć bardziej jednorodny, bez tylu eksperymentów i wycieczek w poza-rockowe klimaty. Niestety - poziom nagrań jest średni - brakuje energii i ciekawych pomysłów i w efekcie, pomimo kilkunastu przesłuchań, niewiele zostaje w głowie. Nieco więcej jest tu gitary, trochę mniej klawiszy, sekcja nieco wycofana, także wokal wydaje się bardziej "zmęczony", a całość momentami brzmi w sposób dość "wymuszony". Kompozycje wydają się też niedopracowane - jest tu sporo fajnych momentów (solo Lorda w "69" czy też jego duet z Morse’m w “She Was”) w ogólnie przeciętnych czy niedopracowanych  numerach (bardzo fajnie skontrastowe, ale niedoszlifowane melodycznie "Watching The Sky"). Wielki znak zapytania pojawia się także przy "Bludsucker" - uwspółcześnionej wersji “Bloodsucker”, a także przy zdecydowanie za bardzo przypominającej “When A Blind Man Cries” balladzie "Don't Make Me Happy".    
Najciekawsze na płycie jest konkretne i zadziorne “Seventh Heaven" z mięsistym riffem i przyjemnie pogiętą partią gitarową, "Fingers To The Bone" z chwytliwym i delikatnym motywem przewodnim, skontrastowanym z mocnym riffem oraz żywe "Any Fule Know That" z mocnym, rozbujanym gitarowym krzesaniem.

wtorek, 21 stycznia 2014

Treściwą serią po Deep Purple cz. 4 - recenzje płyt Perfect Strangers, The House Of Blue Light oraz Slaves And Masters

Perfect Strangers
Skład: Ian Gillan - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instrumenty klawiszowe; Roger Glover - bas; Ian Paice - perkusja (Mk IIb)
Rok wydania: 1984
Ocena: genialne, zachwycające; arcydzieło - 10/10

Powrót po 9 latach w klasycznym składzie. Przede wszystkim płyta jest pełna werwy, jest żywiołowa i porywająca. Kapitalne wyważono wszystkie elementy: dynamikę, melodie i zadziorność. Czuć, że wszyscy dzięki przerwie złapali świeżość, dzięki czemu nagrania kipią powerem i energią. Ciężko tu któregoś nagrania nie wymienić, bo nawet te relatywnie nieco słabsze mają charakter i przykuwające uwagę elementy. Mnóstwo kapitalnych zagrywek Glovera oraz Lorda (wejście do "Perfect Strangers" to w sumie taki organowy odpowiednik riffu w "Smoke..." - czy można wskazać bardziej charakterystyczny klawiszowy/Hammondowy motyw w historii muzyki?). Piękne solówki Ritchiego (“Wasted Sunsets”) i sporo pełnego rozmachu mielenia (“Knocking…”, “Hungry Daze”). Wszystko to sprawia, że jest to najlepsze granie od czasów "Machine Head", a aż do dnia dzisiejszego nic równie kapitalnego nie stworzyli.
Trzy absolutne klasyki zespołu: mocarne i mistrzowsko zaśpiewane "Perfect Strangers", "Knocking At Your Back Door" z niepokojącym wstępem, kapitalnym rockowym drivem i świetnymi napędzanymi przez Blackmore'a dwoma fragmentami instrumentalnymi; oraz "Son Of Alerik"* - genialny 10-minutowy instrumental z profesorską grą Ritchiego i równie znakomitą, mocną rolą Glovera - jest i nastrojowo i z zębem. Do tego petarda "Gypsy's Kiss", "Hungry Daze" ze świetnym motywem przewodnim oraz zadziorne "Not Responsible"*.

* Oryginalna wersja winylowa nie zawierała tych dwóch nagrań. “Not Responsible” pojawiło się na wydaniu CD, a “Son Of Alerik” - dopiero na wersji zremasterowanej, która ukazała się w roku 1999. Szczególnie bez tego drugiego nagrania ciężko sobie wyobrazić “Perfect Strangers”, podobnie zresztą jak “Machine Head” bez “When A Blind Man Cries”.

The House Of Blue Light
Skład: Ian Gillan - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instrumenty klawiszowe; Roger Glover - bas; Ian Paice - perkusja (Mk IIb)
Rok wydania: 1987
Ocena: po prostu dobra płyta - 6/10

Płyta zdecydowanie lżejsza, mocno ciążąca ku przebojowości. Muzyka jest łagodniejsza, rozmiękczona, rytmiczna, chwilami niemal skoczna. Efekt pogłębia jeszcze delikatna produkcja, która sprawia, że nawet tam, gdzie mamy żywsze granie, to wszelkie rockowe zadziory zostają przeszlifowane (“Dead Or Alive”, dodatkowo jeszcze mocno chaotyczne). Gitary są nieco w tle, mocno słychać natomiast sekcję, a także Lorda, często odzywającego się syntezatorem i fortepianem. Brzmienie całości mało purple'owskie, w szczególności niektóre refreny są sztucznie wygładzone (“Black & White”), czy wręcz przesłodzone (“Call Of The Wind”).
Płyta dzieli się na dwie części. Pierwsze pięć numerów, to zdecydowane postawienie na melodyjność i przebojowość, co niestety wyszło raczej nieszczególnie i dość mdławo - warte uwagi jest właściwie tylko “Unwritten Law". Druga część jest ciekawsza, choć żadne nagranie nie wyskakuje ponad ocenę “dobry plus”. Mamy tu najlepsze na płycie "Strangeways" z przykuwającymi uwagę klawiszami i jedyną na płycie rozbudowaną partią instrumentalną; dynamiczne "The Spanish Archer" ze świdrującymi partiami gitary, rytmiczne "Hard Lovin' Woman" oraz lekko bluesujące "Mitzi Dupree",  z przyjemnie surową solówką Blackmore’a.

Slaves And Masters
Skład: Joe Lynn Turner - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instrumenty klawiszowe; Roger Glover - bas; Ian Paice - perkusja (Mk V)
Rok wydania: 1990
Ocena: poniżej przeciętnej; płyta, jakich były tysiące - 4/10

Najsłabsza płyta w dorobku Deep Purple. Przede wszystkim w ogóle nie jest purple'owa, a właściwie nie jest też rockowa. Utrzymana jest w klimacie przebojowo nastawionych kapel poprockowych czy pudel metalowych lat 80. A co najgorsze - poziom nagrań jest mizerny, jakby sami muzycy nie czuli się dobrze w takiej, zalatującej plastikiem stylistyce. Wokalista - choć do Gillana startu nie ma - staje na wysokości zadania, przy czym jest to śpiewanie bardzo rozmiękczone. Lord często sięga po syntezotorowe brzmienia, tak typowe dla całej dekady. Gitara  wycofana i na całej płycie raptem kilka razy ciekawie się odzywa. Basu tutaj praktycznie nie słychać, jest za to mocna i wyrazista perkusja. Cały album jest niestety mdławy i pozbawiony ikry. Muzyka jest przygaszona, brakuje rockowego pazura - w wielu miejscach aż prosi się o konkretniejsze pohałasowanie, czasem czuć, że już-już dadzą czadu… Tymczasem - nic z tego - dalej jest ciągnięty ten sam motyw, to samo tempo, w tym samym, pozbawionym jaj stylu. Nagrania są też zbyt długie i sprawiają wrażenie sztucznie rozciągniętych czasowo, a wszystko to w sumie kompletnie zabija płytę.
Najsensowniej wypada "Wicked Ways" z fajną partią instrumentalną, "Fire In The Basement" z dużą ilością wesolutkich zagrywek Lorda oraz dynamiczne “Cut Runs Deep”.

środa, 15 stycznia 2014

Treściwą serią po Deep Purple cz. 3 - recenzje płyt Burn, Stormbringer oraz Come Taste The Band

Burn
Skład: David Coverdale - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instrumenty klawiszowe; Glenn Hughes - bas; Ian Paice - perkusja (Mk III)
Rok wydania: 1974
Ocena: bardzo dobre; każdy powinien się zapoznać - 8/10

Po kłótniach w zespole nastąpiły dwie zmiany w składzie: David Coverdale zastąpił Gillana, a  Glenn Hughes - Glovera i zmiany te od razu są słyszalne. Coverdale nieco mniej kombinuje z liniami wokalnymi, śpiewa bardziej miękko, co w połączeniu ze sporą ilością chórków sprawia, że wokalnie album brzmi dość delikatnie. Bas także jest lżejszy, jest go jednak więcej, jest gęściej położony, a czasami wręcz przejmuje od Blackmore'a pałeczkę w prowadzeniu nagrań. Ciekawie brzmią tutaj także klawisze, które są mocno zróżnicowane brzmieniowo - począwszy od dźwięków fortepianu, przez klasyczne, purple’owskie hammondowanie oraz mocniejsze tła, na klimatach zbliżonych do Eloy kończąc. Na albumie jest sporo naleciałości bluesowych, soulowych czy funkowych, co sprawia, że album brzmi zdecydowanie luźniej, a rockowy pazur pojawia się tylko okazjonalnie. Wiele nagrań jest opartych raczej na niemal skocznym pulsie sekcji i lekkim pogrywaniu Lorda niż na zadziornych riffach i ciężkim Hammondzie. W efekcie płyta brzmi dość nietypowo jak na Purpli - w wielu momentach pojawiają się skojarzenia z Santaną, Eloy czy Grand Funk Railroad. Chociaż nie wszystko się na tym albumie udało (rozciapciane “Might Just Take Your Life”), to wśród luźniejszych brzmieniowo dokonań Deep Purple (w stylu “Stormbringer”, “Fireball” czy “Bananas”), “Burn” to zdecydowanie najciekawsza propozycja.
Są tu dwa nagrania znakomite: rozpędzone i najostrzejsze “Burn” z dynamicznymi partiami Lorda oraz fenomenalnie zaśpiewany bluesrock "Mistreated" z prostym, ale zapadającym w pamięć motywem gitarowym i długimi partiami instrumentalnymi, w których niepodzielnie rządzi Blackmore. Świetne wrażenie robi także pulsujące “Sail Away”, perkusyjno-elektroniczny instrumental “‘A’ 200” (oba numery to granie wybitnie niepurpurowe) oraz luzackie, ale niepozbawione pazura "What's Goin’ On Here" z jazzującymi klawiszami.

Stormbringer
Skład: David Coverdale - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instrumenty klawiszowe; Glenn Hughes - bas; Ian Paice - perkusja (Mk III)
Rok wydania: 1974
Ocena: poprawnie, ale przeciętnie; można posłuchać - 5/10

Płyta przeciętna, jedna z najsłabszych w dorobku Deep Purple. Sprawia wrażenie odrzutów po "Burn", co do pewnego stopnia na pewno jest prawdą, bo przecież oba albumy wydano w tym samym roku. Zupełnie zmieniły się akcenty w stylistyce - tutaj to rock jest dodatkiem do mieszanki blues-soul-funkującej, a muzyka jest luźna i bardzo rytmiczna. Gitara jest mocno schowana, nie ma rozbudowanych solówek (ciekawie wypada właściwie tylko riff w "Stormbringer" oraz riff oraz solo w "The Gypsy"). Podobnie jest z Lordem, który jeśli już się pojawia, to odzywa się lekkim ozdobnikiem, często syntezatorowym, a jego solówek jest jak na lekarstwo. Bez dwóch zdań najmocniej daje się słyszeć bas, który kilka nagrań prowadzi niemal samodzielnie, wygrywając motyw przewodni (choćby świetny motyw w “You Can’t Do It Right”). “Stormbringer” to niestety Purple z wybitymi zębami, a także dość wypaleni i wyzuci z pomysłów. Czasem można potupać nóżką do rytmu, kilka ciekawych momentów jest, ale ogólnie płycie brakuje i pasji, i polotu, i pazura.
Relatywnie najlepsze jest - choć jest to poziom zaledwie dobry - "Stormbringer" z miarowym riffem oraz "The Gypsy" z najciekawszym na płycie motywem gitarowym. Swój urok ma także “Hold On” z soulowym, pozytywnym feelingiem, najdłuższą partią gitarową i krótką solówką Lorda.

Come Taste The Band
Skład: David Coverdale - wokal; Tommy Bolin - gitara; Jon Lord - instrumenty klawiszowe; Glenn Hughes - bas; Ian Paice - perkusja (Mk IV)
Rok wydania: 1975
Ocena: jest lepiej niż dobrze, ale jeszcze nie bardzo dobrze - 7/10

Blackmore opuścił zespół, aby zająć się swoim własnym projektem - Rainbow, ale że reszta Purpli chciała grać dalej, to w zespole pojawiło się zastępstwo - Tommy Bolin. I trzeba przyznać, że ten pierwszy album bez Blackmore’a prezentuje się ciekawie i znacznie lepiej od poprzedniego, z Ritchiem w składzie. Nadal bardzo ważny jest bas, ale już nie dominuje tak, jak na "Stormbringer". Zdecydowanie więcej jest klawiszy, choć Hammondów nadal niewiele. Bolin gra ostro, zadziornie, krzesze naprawdę konkretne riffy (“Dealer”, “Drifter”, “Love Child”), lubi luzacko pomielić (“Gettin’ Higher”), a gdy trzeba dodaje ciekawe zagrywki, które ozdabiają nagrania i dodają im nieco drapieżności (choćby świetne dźgnięcia w “I Need Love”). Gitarzysta dobrze czuje się także w dość luzackich, improwizowanych solówkach. Muzyka to nadal rockowo-funky-soulowy miks, ale równowaga jest tutaj o niebo lepiej zachowana, a całość ma werwę i brzmi świeżo. Szkoda, że Bolin wkrótce po nagraniu “Come Taste The Band” zmarł na skutek przedawkowania narkotyków. Gra tutaj bowiem naprawdę na poziomie, a dodatkowo maczał palce w tworzeniu wszystkich najlepszych kompozycji na płycie. Ale stało się tak, a nie inaczej, a Purple aż na 9 lat zawiesili działalność.
Wprawdzie nie ma tutaj żadnego nagrania wybitnego (jest za to "This Time Around", przedziwny soulowy potworek, będący jednym z najgorszych numerów w historii DP), ale patrząc całościowo, jest to więcej niż dobre, solidne granie. Na uwagę zasługuje “Gettin' Tighter", przybrudzone i chropowate “Dealer”, ciężkie "Drifter" oraz mocarne "Love Child" z odjechaną partią instrumentalną. Do tego kanciaste "Owed to "G"", a na koniec "You Keep On Moving" z rozbudowanym, basowym wstępem, a potem najdłuższymi na płycie solówkami Lorda i Bolina.

piątek, 20 grudnia 2013

Treściwą serią po Deep Purple cz. 2 - recenzje płyt In Rock, Fireball, Machine Head, Who Do We Think We Are

In Rock
Skład: Ian Gillan - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instrumenty klawiszowe; Roger Glover - bas; Ian Paice - perkusja (Mk IIa)
Rok wydania: 1969
Ocena: genialne, zachwycające; arcydzieło - 10/10


Płyta przełomowa dla muzyki w ogóle i kwintesencja rockowego grania. Wykonano tutaj bardzo duży krok w stosunku do wcześniejszych płyt, nawet do bardzo dobrej poprzedniczki. Muzyka zyskała na ciężarze, energii i dynamice, do czego swoje cegiełki dołożyli wszyscy muzycy. Bardzo wiele dała zmiana wokalisty - Gillan śpiewa z zębem, z ogniem, nie boi się wrzasnąć, krzyknąć. Bez problemu wchodzi w wysokie rejestry i umie stopniować napięcie. Blackmore niemal każde nagranie okrasza kapitalnym, konkretnym i mięsistym riffem, a także świetnie współpracuje - zarówno z Lordem (znakomita kłótnia w “Speed King”), jak i Gloverem (“Bloodsucker” czy “Livin Wreck”). Sekcja mocna, lepiej zgrana, świetnie narzucająca rytm, z o wiele mocniej akcentowanym basem - to też zasługa nowego człowieka na pokładzie (świetny puls Glovera w “Flight Of The Rat” czy zawijaski w “Living Wreck”). W każdym numerze mamy rozbudowane, pachnące improwizacją partie instrumentalne z kłótniami lub następującymi po sobie solówkami Lorda i Blackmore’a. Wszystko jest odpowiednio dawkowane, zgrane i soczyste.
Genialne "Child In Time" z fantastycznym stopniowaniem napięcia, niesamowitą partią organów, wibrującymi zaśpiewami Gillana oraz nieokiełznanym solo Ritchiego. Do tego "Speed King" - czadowe, szybkie granie, przerywane organowymi wstawkami; "Hard Lovin' Man" z ciężkim i mrocznym brzmieniem gitary i organów, a potem lekko odjechaną częścią instrumentalną. Mocno pulsujące i falujące "Bloodsucker", rozpędzone “Flight Of The Rat” oraz miarowe, wolne “Into The Fire”.


Fireball
Skład: Ian Gillan - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instrumenty klawiszowe; Roger Glover - bas; Ian Paice - perkusja (Mk IIa)
Rok wydania: 1971
Ocena: po prostu dobra płyta - 6/10


Album dobry, równy, ale pozbawiony nagrań genialnych. Jest łagodniejszy od poprzedniczki i następczyni - nie ma ich energii, koncentracji  i soczystości. Więcej jest luzu, przestrzeni, a całość ucieka w stronę bluesrockowych brzmień. Wokal tym razem bez "ekscesów", wrzasków, znacznie mniejszy jest też ładunek emocji i mniej pazura. Riffy niezłe, ale nie zapadają w pamięć jakoś szczególnie, a samo brzmienie jest mniej agresywne (choć momentami są to świetne partia, jak choćby w “Demon’s Eye”). Podobnie gra Lorda - choć na poziomie - nie powala na kolana. Większe skupienie na rytmie, wszystko jest bardziej żwawe, żywsze, momentami niemal wesołe (żartobliwe “Anyone's Daughter”, utrzymane w spokojnym rytmie, luźne “No No No” czy “The Mule”, pomimo nerwowego rytmu perkusji). Nawet klawisze są tu momentami prawie "skoczne". Płyta to swego rodzaju purple'owski "skok w bok", którego słucha się dobrze, ale nic ponadto, a niektóre fajne pomysły zupełnie nie wypaliły (bardzo mocno skontrastowane “Fools” z ciężkimi fragmentami jako przeciwwaga do bardzo spokojnych fragmentów, które niestety nudzą; nagranie bardzo długie, bo blisko 8,5 minuty, a niewiele ciekawego tam się dzieje).
Miarowe, trochę mroczne "Demons Eye", bardzo rytmiczne "Strange Kind Of Woman" (strona B singla), szybkie i energetyczne "Fireball" oraz “No No No” z mocnymi akcentami basowymi i rozbudowanymi partiami instrumentalnymi.


Machine Head
Skład: Ian Gillan - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instrumenty klawiszowe; Roger Glover - bas; Ian Paice - perkusja (Mk IIa)
Rok wydania: 1972
Ocena: genialne, zachwycające; arcydzieło - 10/10


Najlepszy album Deep Purple. Stylistycznie jest to powrót do "In Rock" - mocna i ostra gitara, mocny puls basu i miarowe bębnienie perkusji oraz mocarne, chwilami niemal mroczne, brzmienie klawiszy. Każdy z muzyków jest w wybornej formie, wygrywając rzeczy perfekcyjne, a przede wszystkim - tworzące genialne wręcz kompozycje. Świetna dyspozycja Gillana (wrzaskliwa wściekłość w “Highway Star”, majestatyczność w “Smoke On The Water”), porywające partie solowe Lorda oraz Ritchiego. Każda nuta i dźwięk na swoim miejscu, nie ma tutaj muzycznego lania wody. Rewelacyjne operowanie tempem, świetne, zapadające w pamięć melodie. Jest surowo, a jednocześnie mocarnie, choć trafiają się też rzeczy odegrane bardziej na luzie - nieco funkujące “Mayby I’m A Leo”, “Never Before” czy “Lazy”. Ale, że każde nagranie ma swój charakter, to od razu przykuwa uwagę. W sumie o poziomie płyty wiele mówi to, że nawet te relatywnie najsłabsze nagrania,to klasa bardzo dobra, a aż cztery numery trzeba bezwzględnie zaliczyć do purple’owskiego top ten.
"Smoke On The Water" z najklasyczniejszym z riffów, mistrzowskimi klawiszami, które stanowią "obudowę" dla linii wokalnej oraz nerwowo buczącym basem. Porywające, odegrane z niesamowitym luzem "Lazy", w 2/3 instrumentalne, nieco jazzujące, z fenomenalną współpracą gitary i Hammonda. Przepiękny blues "When A Blind Man Cries" z delikatną, snującą się solówką Blackmore'a (strona B singla). Znakomite jest także "Highway Star" - istny muzyczny żywioł, z fenomenalnym wokalem, fenomenalnym Lordem i rozpędzająca się solówka Ritchiego; dynamiczne i chropowate "Pictures Of Home" z ostrymi zagrywkami gitary i wstawką Glovera oraz luźne, pulsujące "Never Before" z beatlesowatym zwolnieniem.


Who Do We Think We Are
Skład: Ian Gillan - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instrumenty klawiszowe; Roger Glover - bas; Ian Paice - perkusja (Mk IIa)
Rok wydania: 1973
Ocena: poprawnie, ale przeciętnie; można posłuchać - 5/10


Znów po płycie genialnej mamy mocne tąpnięcie, większe nawet niż w przypadku “Fireball”. Podobnie jak na tamtym albumie, mamy tu do czynienia z graniem bardziej na luzie, bez takiej zadziorności i koncentracji. Nagrania się rozmywają, brakuje ciekawych pomysłów nawet na to, by zapełnić nimi 34 minuty muzyki. Tempa spokojniejsze, miarowe, brakuje zaskoczenia i zmian w dynamice (strasznie rozmemłane “Our Lady”). Dość stonowany wokal, pozbawiony pazura, rozmiękczony. W dodatku linie melodyczne są ogólnie rzecz biorąc średnie, czasami zupełnie nietrafione (“Smooth Dancer”), a co poniektóre wręcz irytują (“Mary Long”, “Our Lady”). Partie Jona i Ritchiego także są tutaj co najwyżej dobre, a gros nie pozostawia żadnego śladu w pamięci. Sporo fortepianowych klawiszy, mniejsza ilość ciężkich, masywnych dźwięków Hammonda.
"Woman From Tokyo" z dobrym riffem, ciekawym zwolnieniem i dużą ilością szybkich, fortepianowych klawiszy. Zadziorne, przyjemnie kanciaste "Rat Bat Blue" z mocarnym rytmem w stylu "Moby Dicka" Zeppelinów oraz bluesrockowe "Place In Time".

piątek, 6 grudnia 2013

Treściwą serią po Deep Purple cz. 1 - recenzje płyt Shades Of Deep Purple, The Book Of Taliesyn, Deep Purple

W tym roku minęło 45 lat od kiedy Deep Purple wydali swoją debiutancką płytę. Rocznicę tą zespół uczcił wydaniem nowego, dziewiętnastego już studyjnego krążka. W ciągu tych kilku dekad konflikty nieraz rozsadzały kapelę od środka i w sumie albumy były nagrywane w przeróżnych konfiguracjach, co nawet znalazło swoje odzwierciedlenie w powszechnie stosowanym oznaczaniu składu, aby nieco prościej było się połapać (od Mk I do Mk VIII - ciekawostka: wśród płyt brakuje oznaczenia Mk VI - to był skład, który wprawdzie żadnej płyty nie nagrał, ale że ekipę w składzie Gillan, Lord, Glover, Paice uzupełnił sam Joe Satriani, to uznano, że warto o nim pamiętać). Ale pomimo tego, a także faktu, że w trakcie kariery musieli stawić czoła kilku zmieniającym się muzycznym modom Purple pozostali sobą. Choć zdarzały im się wpadki, to jednocześnie dzięki kilku płytom zdefiniowali (razem z kilkoma innymi zespołami) hard rockowe brzmienie i zapracowali sobie na status muzycznej legendy.

Shades Of Deep Purple
Skład: Rod Evans - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instrumenty klawiszowe; Nick Simper - bas; Ian Paice - perkusja (Mk I)
Rok wydania: 1968
Ocena: jest lepiej niż dobrze, ale jeszcze nie bardzo dobrze - 7/10

Płytę nagrano w 18 godzin i z pewnością jest to słyszalne, zarówno w jakości brzmienia, jak i samych nagrań. Hard rocka jak na razie tutaj jeszcze nie ma, całość ma lekki, mocno piosenkowy charakter (te wszystkie “na na na” i “pa pa pa”). Spory jest udział organów Hammonda - Lord nie gra tutaj jeszcze wprawdzie z takim rozmachem, jak to później bywało, ale w każdym nagraniu jego dłuższa lub krótsza solówka jest. Blackmore odzywa się od czasu do czasu za pomocą zadziornych, kłujących dźwięków, ale “zwykłych” gitarowych riffów tutaj praktycznie nie ma. Sekcja gra dość szybko i gęsto, ale bez mocniejszego uderzenia. Wokal Evansa to raczej klimaty popowe niż rockowy zadzior i drapieżność. Na płycie są aż cztery covery, a że wszystkie zaaranżowano w ciekawy sposób, to właśnie one stanowią o sile albumu. Natomiast nagrania autorskie są głównie instrumentalne, co sprawia, że jeszcze mocniej rzuca się w uszy ich niedopracowanie (przy piosence można “zamaskować” instrumentalne niedociągniecia chwytliwą melodią). W każdym razie słychać wyraźnie, że jest to granie mocno improwizowane, którym ciężko się zachwycać.
Szczególnie warte uwagi jest "Help", które mocno zwolniono i w takiej dość smutnej, pulsujacej wersji, z sączącymi się organami i najciekawszym na płycie wokalem, robi kapitalne wrażenie. Mamy też pierwszy hit zespołu - rytmiczne, lekko zaostrzone gitarą "Hush" oraz "Hey Joe", w którym rdzeń nagrania oraz solówkę też odegrano wolniej i obudowano “bolerującymi”, rozbudowanymi partiami organów.  Z kompozycji autorskich najlepsze jest "Mandrake Root" - napędzane głównie organami, mocno improwizowany.

The Book Of Taliesyn
Skład: Rod Evans - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instrumenty klawiszowe; Nick Simper - bas; Ian Paice - perkusja (Mk I)
Rok wydania: 1969
Ocena: poprawnie, ale przeciętnie; można posłuchać - 5/10

Płyta wydana raptem trzy miesiące po debiucie i ten pośpiech niestety znów jest słyszalny. Jest trochę ostrzej, co najbardziej słychać w przypadku gitary, która zdecydowanie mocniej daje się we znaki. Organów jest za to nieco mniej, pojawiają się za to klawisze i elementy muzyki klasycznej. Nieco mocniejsza jest rytmika - zarówno bas, jak i perkusja są tu lepiej słyszalne. Niestety, pojedyncze fajne pomysł (“Shield” ma fajny nerw, a “Anthem” - niezłą melodię i ładnie przyozdobione jest smyczkami) nie przekładają się na równie dobre kompozycje. Nagrania napisane przez zespół - choć nieco lepsze niż na debiucie - nadal pozostawiają sporo do życzenia. To, co broniło poprzednią płytę, czyli covery tutaj także zawodzą - “We Can Work It Out” wyszło słabo, a “River Deep Mountain High” - bardzo nierówno.
Warto zwrócić uwagę na przebojowy, dynamiczny cover "Kentucky Woman" oraz chwytliwe, niemal wesolutkie "Wring That Neck" z nośnym motywem klawiszowym i fajnym pulsowanie basu. Ciekawie wypada także Instrumentalna część numeru czwartego, czyli "Exposition". No i jest jeszcze "River Deep, Mountain High" - mocno nierówne (dobry wokal, melodyjny refren, fajnie trzymajaca nagranie sekcja, ale gitara niewyraźna), często niespójne, ale ciekawie zmieniające klimat i z kapitalnymi fragmentami.

Deep Purple
Skład: Rod Evans - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instrumenty klawiszowe; Nick Simper - bas; Ian Paice - perkusja (Mk I)
Rok wydania: 1969
Ocena: bardzo dobre; każdy powinien się zapoznać - 8/10

Znacznie dojrzalsza płyta. Nagrania przemyślane i bardziej spójne - na każdy numer jest pomysł, każde jest wyraziste i ma myśl przewodnią. Jeszcze więcej jest zadziorności i ostrości. O wiele ciekawsza gra Blackmore’a - o ile Lord od pierwszej płyty grał bardzo fajne rzeczy, to Ritchie dopiero tutaj brzmi ciekawie. Nadal nie są to wprawdzie riffy, tylko pobrzmiewanie bardziej w tle i dopiero w solówkach słychać go mocniej, ale ciekawych gitarowych zagrywek jest znacznie więcej (partie w “The Painter”, “Blind”, “Why Didn’t Rosemary”, początkowa część “Aprili”). Mocniej słychać zarówno bas, jak i perkusję (gęsto nabębnione “Chasing Shadows”). Tym razem wszystkie nagrania poza jednym (“Lalena”) są dziełem zespołu.
Magnum opus płyty i w ogóle całej twórczości składu Mk I jest bez wątpienia rozbudowane i wielowątkowe “April”, w którym jest i akustycznie, i rockowo, i klasycznie. Do tego delikatna, mocno klawiszowa ballada "Lalena", miarowe "Blind" z barokowo brzmiącymi klawiszami oraz ciekawą solówką gitarową, a także instrumentalne, zapętlone "Fault Line" przechodzące w luzackie, pełne pozytywnej energii i niemal skoczne "The Painter".

środa, 27 listopada 2013

Treściwą serią po Dream Theater cz. 3 - recenzje albumów Dramatic Turn Of Events oraz Dream Theater

Dramatic Turn Of Events
Wykonawcy:      James LaBrie - wokal; John Petrucci - gitara; Jordan Rudess - instrumenty klawiszowe; John Myung - gitara basowa; Mike Mangini - instrumenty perkusyjne
Rok wydania: 2011
Ocena: bardzo dobre; każdy powinien się zapoznać - 8/10

Po rozstaniu się z jednym ze współzałożycieli grupy zespół odzyskał wigor - album brzmi świeżo i jest najlepszym dokonaniem kapeli od czasu “Train Of Thought”. Na płycie jest polot, lekkość i radość grania, a poszczególne elementy są dobrze wyważone (z czym na trzech wcześniejszych płytach był spory problem) - partie spokojniejsze są oddechem, są melodyjne, ale nie nudzą, a ostrzejsze - mają odpowiedni ciężar i agresywność, ale nie przytłaczają. Całość jest spokojniejsza i bardziej rockowa, co kojarzyć się może z “Falling Into Infinity”; pojawiają się także klimaty znane z innych płyt z lat 90. (“Images And Words” oraz “Awake”). Mamy więcej rozmachu, pojawiają się majestatyczne, orkiestrowe brzmienia, a także chóry ("On The Backs Of Angels", "Bridges In The Sky") oraz kilka specjalnych "efektów dźwiękowych". W bardzo dobrej formie jest Petrucci, którego gitara jest bardzo wszędobylska, a riffy czasem nawet “udają” perkusję. Kroku dotrzymuje mu Rudess, a współpraca między nimi jest znakomita. Najsłabiej wypadł nowy perkusista, Mike Mangini, którego partie schowane w tle, mało słyszalne i ciężko zawiesić na nich ucho (poza refrenem "Lost Not Forgotten" i momentami w "Bridges...").
Najlepsze nagrania to "Breaking All Illusions" z bardzo fajnym brzmieniem basu, porywającą częścią instrumentalną (kapitalna “bitwa” od 5 minuty) oraz powalającą solówką Petrucciego, którego gitara "śpiewa" tu w iście satrianowskim stylu; "Lost Not Forgotten", które jest najmocniej przesiąknięte klimatem "Images And Words" oraz "Outcry", odegrane z rozmachem, mocno podlane klawiszami, z pokręconą częścią instrumentalną (trochę jazzrocka, trochę Liquid Tension Experiment, trochę “SFAM”, trochę Rush”). Do tego najcięższe na płycie, świetne rytmicznie "Bridges In The Sky" upstrzone orientalnymi ozdobnikami oraz stonowane "Beneath The Surface" z gitarą akustyczną i klawiszami w roli głównej, z ciekawym solo Jordana (odegranym trochę w stylu poprzednika, Dereka Sheriniana).

Dream Theater
Wykonawcy:      James LaBrie - wokal; John Petrucci - gitara; Jordan Rudess - instrumenty klawiszowe; John Myung - gitara basowa; Mike Mangini - instrumenty perkusyjne
Rok wydania: 2013
Ocena: poniżej przeciętnej; płyta, jakich były tysiące - 4/10

Najsłabszy i najbardziej przewidywalny album w karierze zespołu. Płyta jest wyprana z emocji, sztucznie ponaciągana i zdecydowanie przekombinowana. Nie ma lekkości, a poszczególne trybiki składające się na nagrania rozpadają się jak tylko trącić mechanizm. “Dream Theater” nie przynosi nawet grama nowości - cała muzyka opiera się na patentach ogrywanych przez DT od dawna i z wielokrotnie większym powodzeniem. Nagrania mają przeciętne melodie, a także pozbawione są “haczyków”, które przykuwałyby uwagę. Na uwagę zasługuje właściwie tylko gra Manginiego - perkusja jest tu o wiele gęściejsza i bardziej wyrazista niż na poprzedniej płycie. Ciekawie wypada także Rudess, który brzmi dość subtelnie i delikatnie, bez klawiszowych ataków i udziwnionych pasaży. Petrucci gra dużo gęstych i mechanicznych, ale niespecjalnie ciężkich, riffów; pojawia się także kilka przejrzystych, lekkich solówek - niestety, jakość gitarowego grania jest tutaj mocno przeciętna. Całość jest oczywiście perfekcyjna pod względem technicznym, ale kompozycyjnie jest słabo, a album kompletnie “nie chwyta”. Część nagrań jest kiepska od początku do końca (“False Awakening Suite” jest banalne, a “The Enemy Inside” to najbardziej prymitywna piosenka, jaką nagrał zespół), w innych mamy tylko momenty lub smaczki (ciekawe, soundtrackowe intro w “Behind The Veil”, dobra trzecia zwrotka w “Along For The Ride” po której następuje jedna z nielicznych, solówek Rudessa o mocno pastelowym brzmieniu; basowe odzywki w stylu Geddy’ego Lee w “Enigma Machine - przy czym i tak to nagranie oraz “False…” to dwa najgorsze instrumentale w historii DT).
W sumie najciekawsze na płycie jest pierwsze 11,5 minuty “Illumination Theory” (poza 100-sekundowym, irytującym i wybijającym z rytmu fragmentem ambientowym). Dzieje się tam sporo, ale z sensem. Jest odpowiedni balans dynamiki, zadziorności i zapętlenia, jest fajna, rozmarzona i też dość soundtrackowa orkiestracja, a potem nagranie fajnie nabiera sprężystości. Druga połowa niestety jest już mało zajmująca, natomiast kończąca nagranie fortepianowa miniaturka jest niezła, ale doczepiona na siłę. Poza tym można zwrócić uwagę na “The Bigger Picture”, które zgrabnie się rozwija od balladowych zwrotek, przez granie czadowe, a na końcu - dość podniosłe (druga zwrotka to jeden z nielicznych momentów na płycie naprawdę przykuwających uwagę); oraz odegrane z luzem “The Looking Glass”, z niezłą melodią oraz najciekawszą na płycie solówką Petrucciego.

piątek, 22 listopada 2013

Treściwą serią po Dream Theater cz. 2 - recenzje albumów Octavarium, Systematic Chaos oraz Black Clouds And Silver Linings

Octavarium
Wykonawcy:      James LaBrie - wokal; John Petrucci - gitara; Jordan Rudess - instrumenty klawiszowe; John Myung - gitara basowa; Mike Portnoy - instrumenty perkusyjne
Rok wydania: 2005
Ocena: jest lepiej niż dobrze, ale jeszcze nie bardzo dobrze - 7/10

To pierwsza tak nierówna płyta zespołu, ale niestety nieostatnia. Jest tu osiem nagrań, jedno 24-minutowe, jedno 11-minutowe, a pozostałe zdecydowanie krótsze. Od strony wykonawczej jest to nadal poziom bardzo wysoki, ale kompozycje momentami mocno kuleją, głównie na skutek braku jakichkolwiek zaskakujących rozwiązań. Wyczuwalny jest brak radości grania, obszerne fragmenty płyty są wyprane z emocji, a muzyka nie porywa. Urozmaicanie nagrań, zabawy tempem i rytmiką wyszły tutaj tylko gnieniegdzie, w związku z tym część nagrań jest nużąca. “The Root Of All Evil” jest zdecydowanie zbyt ociężałe, ballada “The Answer Lies Within” jest mdława, “I Walk Beside You” to marnej jakości pop, a patetyczne “Sacrificed Sons” ma niezłą melodię i ciekawie przyozdobione jest orkiestracjami, ale tempo jest o połowę za wolne, a część instrumentalna robi wrażenie odbębnionej. Także wokalnie jest słabiej niż na ostatnich płytach - czuć, że LaBrie momentami mocno się męczy (choćby refreny “These Walls” czy “Never Enough”), a w wyśpiewywanych frazach brakuje klarowności. Dużo jest klawiszy Rudessa, pojawia się także kwartet smyczkowy w “The Answers…” oraz orkiestra w “Octavarium” oraz “Sacrificed Sons”, ale tylko w tym ostatnim efekt jest naprawdę ciekawy. W sumie mamy tu modelowy przykład pożerania przez kapelę własnego ogona.
Magnum opus płyty jest nagranie tytułowe, choć nawet ono nie urzeka od początku do końca - floydowo-psychodeliczny początek generuje bardzo fajny klimat, ale trwa zbyt długo, podobnie jak początkowa, wolna część wokalna. Ale od 8. minuty jest to już granie bardzo dobre, a momentami wręcz znakomite z kapitalnymi basowymi wygibasami w “Medicate”, świetnym artrockowym feelingiem w “Full Circle” oraz świetną partią instrumentalną, nie stroniącą od wyścigów, ale jednocześnie klarowną. Do tego zadziorne i ciekawe melodycznie “These Walls” z gęściutkimi i lekkimi partiami Portnoya, kanciastym riffem i dobrą solówką (na koniec dzieją się fajne rzeczy z udziałem orkiestry - szkoda, że tego nie “pociągnięto”); dynamiczne i pokręcone “Panic Attack”, znów świetnie zagęszczone przez Mike’a oraz dynamiczne “Never Enough” - niby proste granie, ale z powerem i fajnymi, mechanicznymi riffami.

Systematic Chaos
Wykonawcy:      James LaBrie - wokal; John Petrucci - gitara; Jordan Rudess - instrumenty klawiszowe; John Myung - gitara basowa; Mike Portnoy - instrumenty perkusyjne
Rok wydania: 2007
Ocena: po prostu dobra płyta - 6/10

Poziom utworów jest jeszcze bardziej rozstrzelony, niestety z przewagą grania mocno przeciętnego. Brakuje lekkości i dynamiki. Nagrania są jeszcze bardziej jednorodne, polotu w partiach gitarowych - brak, a Rudess przez większość płyty jest “zaginiony w akcji”. Czuć zmęczenie materiału, nagrania są rwane, bez płynności. Z jednej strony są tu najcięższe momenty w historii DT, a z drugiej - najbardziej spokojne i klimatyczne, ale nie zostało to ze sobą zmieszane, tylko serwowane jest osobno. W efekcie zamiast wielowątkowych kompozycji mamy granie jednowymiarowe, które po minucie zaczyna nużyć. Jest tu metalowa “łup-atologia” w postaci “Constant Motion” oraz “Dark Eternal Night” (choć tutaj niezła część instrumentalna), jest totalnie rozmemłane “Repentance”, jest nudna pierwsza połowa “The Ministry Of Lost Souls” oraz nieudany eksperyment z elektroniką w postaci “Prophets Of War”.
Mamy tutaj jednak jeden numer wręcz genialny, najlepszy od czasów “Train Of Thought” do dnia dzisiejszego, czyli dwuczęściowe “In The Presence Of Enemies”. Pierwsza część pełna rozmachu, a druga świetnie łącząca mrok z przestrzenią i dynamiką - szkoda, że zostało to na płycie podzielone, bo połączone razem daje jeszcze lepszy efekt niż jako otwarcie i zamknięcie płyty * (choć nic nie stoi na przeszkodzie, aby na odtwarzaczu CD wybrać “1” oraz “8” i cieszyć się kompozycją w całości). Na uwagę zasługuje także “Forsaken” - jeden z najbardziej nośnych numerów w historii DT - ma chwytliwy riff z charakterystycznym “poślizgiem”, dobrą melodię, odpowiedni poziom energii i fajne gitarowe “szczypanko” w zwrotkach.** No i druga połowa “The Ministry…” - mocno postrzępiona część instrumentalna - także zasługuje na uwagę.

* Taka wersja jest na DVD “Chaos In Motion”, mocno nierównym wykonawczo oraz pod względem jakości audio-wizualnej, ale ten kawałek (i kilka innych) wypadł rewelacyjnie - tu i tu.

** Warto zwrócić uwagę na wideoklip do tego nagrania, jest to bowiem zdecydowanie najciekawszy teledysk DT w historii. Zastosowano w nim technikę animacji rotoskopowej, znaną np. z obrazu “Przez ciemne zwierciadło”.

Black Clouds And Silver Linings
Wykonawcy:      James LaBrie - wokal; John Petrucci - gitara; Jordan Rudess - instrumenty klawiszowe; John Myung - gitara basowa; Mike Portnoy - instrumenty perkusyjne
Rok wydania: 2009
Ocena: poprawnie, ale przeciętnie; można posłuchać - 5/10

Właściwie można powtórzyć większość z opisów poprzednich dwóch płyt, tylko, że w każdym aspekcie trzeba dopisać, że jest jeszcze gorzej. Jeszcze słabsze są melodie, totalnie brakuje iskry i ciekawych pomysłów - jednym słowem: muzyczna pańszczyzna. Nagrania przeciętne zostały zastąpione przez słabe, natomiast znakomite - przez najwyżej “dobre z plusem”. Utwór najbardziej charakterystyczny dla tej płyty to “The Shattered Fortress” - muzyczny frankenstein, w którym zszyto mniej lub bardziej zmodyfikowane fragmenty z wcześniejszych części “alkoholowej sagi” Portnoya - takie kopiowanie zdecydowanie zespołowi nie przystoi. Całość jest nieco lżejsza niż trzy wcześniejsze albumy - perkusja i gitara są nieco wycofane, mało jest ciężkich riffów, dużo natomiast mamy lżejszych, rytmicznych partii.
Na uwagę zasługuje tylko art rockowe “The Count Of Tuscany” z ciekawą, horrorowatą historią, odegrane ze sporym rozmachem, z ciekawą rytmiką i rozlewającymi się klawiszami (choć środkowa nastrojowa partia, to nic innego jak gra na czas); oraz “The Best Of Times” z dużą dawką pozytywnej energii oraz ciekawą końcówką, będącą najlepszym instrumentalnym momentem na płycie.

środa, 20 listopada 2013

Treściwą serią po Dream Theater cz. 1 - recenzje albumów Metropolis p. 2: Scenes From A Memory, Six Degrees Of Inner Turbulence oraz Train Of Thought

Pięć wcześniejszych albumów zespołu opisywałem jakiś czas temu w nieco bardziej rozbudowanej formie (są tutaj: "Majesty Demos", “When Dream And Day Unite”, “Images And Words”, “Awake”, “A Change Of Seasons”, “Falling Into Infinity”). Stąd “Treściwą serią po Dream Theater” zaczynam od płyty numer sześć.

Metropolis p. 2: Scenes From A Memory
Skład: James LaBrie - wokal; John Petrucci - gitara; John Myung - bas; Mike Portnoy - perkusja; Jordan Rudess - instrumenty klawiszowe;
Rok wydania: 1999
Ocena: genialne, zachwycające; arcydzieło - 10/10

Obok “Images And Words” jest to najważniejszy i najlepszy album zespołu, a jednocześnie jeden z najwybitniejszych koncept-albumów w historii muzyki. Udało się tutaj po mistrzowsku zsynchronizować niebanalną warstwę tekstową* z kapitalną warstwą muzyczną, dzięki czemu w kategorii “dźwiękowej podróży” równać się z płytą może tylko “Operation: Mindcrime” Queensryche. Mnóstwo jest tu zmian klimatu, łamańców rytmicznych i instrumentalnych fajerwerków, ale całość połączono tak zgrabnie, tak płynnie wszystko się przenika, że poszczególne elementy zazębiają się jak w szwajcarskich zegarku. Muzyka płynie wartko i jest jak żywe srebro, a wszystkie przejścia między poszczególnymi motywami i klimatami są odegrane z wielką lekkością. Choć muzycznych popisów jest dużo, to są one mimo wszystko utrzymane w ryzach oraz podporządkowane opowieści i zaaplikowane z wielkim wyczuciem. Przy tym - niezależnie od stopnia komplikacji rytmicznych czy ciężaru riffów, całość pozostaje bardzo przejrzysta i przykuwa uwagę, a melodie momentalnie zapadają w pamięć. Muzycy znakomicie współpracują, co słychać szczególnie dobrze w partiach instrumentalnych, których jest tutaj pełno - wszystkie powykręcane na siódmą stronę i wszystkie rozkładają na łopatki. Na szczególne wyróżnienie zasługuje Mike Portnoy, który ani na moment nie przestaje kombinować z rytmem, jest wszędzie i bębnie bardzo melodyjnie (nigdy tak bardzo pod tym względem nie zbliżył się do jednego ze swoich idoli - Neila Pearta); oraz Jordan Rudess, który w barwach DT nigdy nie był w lepszej formie. Wspomnieć trzeba też o stonowanym wokalu LaBrie, który bardzo dobrze odegrał role narratora i bohaterów. W sumie całość tworzy coś, co można określić mianem thrillera - wprawdzie bez wizji, ale za to z fenomenalną ścieżką dźwiękowo-wokalną, przy której 77 minut mija w mgnieniu oka i która porywa nawet po kilkuset przesłuchaniach.**
Najważniejsze momenty płyty to na pewno wybuchające przeszywającym riffem "Home" z genialną solówką Johna oraz mocno zakręcone instrumentale: "The Dance Of Eternity" oraz “Overture 1928”. Dalej melancholijne i zadumane "Spirit Carries On" z pięknym gitarowym solo, "Finally Free" z tkanym na gitarze wstępem i skrzypcami w tle oraz ilustracyjną partią instrumentalną; najagresywniejsze na płycie "Fatal Tragedy" oraz wręcz napastujące riffami i łomotem sekcji "Beyond This Life”***, ciekawie nasączone Zappą.
W sumie cieżko tu czegoś nie wymienić - album jest po prostu monolitem, gdzie każda cegiełka ma znaczenie, a wspomniane nagrania, to po prostu te, które szczególnie się wyróżniają.

* Dłuższe wyjaśnienia tu i tu.

** Zresztą porywa nie tylko słuchającego, ale także i sam zespół, co świetnie widać i słychać choćby na DVD “Scenes From New York”. Scena jest uboga, a efekty filmowe - żenujące, ale z taką werwą jak tutaj Dream Theater nie grali nigdy.

*** Genialną, blisko 20-minutową wersję tego nagrania można znaleźć na DVD “Live At Budokan" - rozdzielone na dwie części tu i tu.

Six Degrees Of Inner Turbulence
Skład: James LaBrie - wokal; John Petrucci - gitara; John Myung - bas; Mike Portnoy - perkusja; Jordan Rudess - instrumenty klawiszowe;
Rok wydania: 2002
Ocena: bardzo dobre; każdy powinien się zapoznać - 8/10

Dwupłytowe wydawnictwo składające się z pięciu regularnych, ale mocno rozbudowanych nagrań (nawet najkrótsze “Dissapear” trwa blisko 7 minut) oraz tytułowej suity, która trwa 42 minuty i zajmuje całą drugą płytę CD. Cechą charakterystyczną albumu jest bardziej przestrzenny sposób grania. Wyścigi instrumentów można tu czasem spotkać, ale generalnie muzycy zostawili sobie więcej miejsca - grają z większym rozmachem i mniej gęsto. Szczególnie wielkie pole do popisu ma tutaj John Petrucci, który zdominował długie fragmenty płyty. Dużo jest także agresji oraz partii niepokojących, co świetnie koresponduje z tekstami, które poruszają tematy tak poważne, jak alkoholizm, klonowanie czy wiara. W sumie pierwsza płyta była w momencie pojawienia się na rynku zdecydowanie najcięższym dokonaniem w historii zespołu (choć tym mianem nie cieszyła się długo) i tym mocniejszym kontrastem dla płyty drugiej. Suita to granie zdecydowanie lżejsze, utrzymane w rockowym klimacie, co przywołuje skojarzenia z “Falling Into Infinity” (choć kilka metalowych zaostrzeń się tu pojawia). Opowiada ona o sześciu osobach, które z różnych powodów przeżyły załamanie nerwowe i leczą się w zakładzie psychiatrycznym, i to zróżnicowanie klimatów wypadło tutaj bardzo wyraziście (muzyka jest wściekła, gdy mowa o wojennej traumie albo balladowo-wzruszająca, gdy matka wyraża swoją tęsknotę za córką).
Kluczowe nagrania to poszarpane, odegrane z piekielną wściekłością “Glass Prison", "Blind Faith" z pięknie pomrukującym basem Myunga i bardzo dynamiczną partią instrumentalną oraz niezwykle urokliwą fortepianową partią Rudessa. Do tego ciężkie i gęste “The Great Debate” (choć niepotrzebnie rdzeń nagrania obudowano blisko 5 minutami “gadulstwa”). Znakomicie rozwija się także "Misunderstood", szkoda tylko, że gdzieś w 2/3 czasu trwania zbyt mocno grzęźnie w psychodelicznym sosie. Jeśli chodzi o suitę, to nie można nie wskazać "Overture", które jest niesamowitą mieszanką metalowego młócenia z orkiestrowym rozmachem, progrockowego “About To Crash”, naładowanego smutkiem i melancholią “Goodnight Kiss” z przejmującą solówką Petrucciego oraz świetnego, podniosłego "The Grand Finale".

Train Of Though
Wykonawcy:      James LaBrie - wokal; John Petrucci - gitara; Jordan Rudess - instrumenty klawiszowe; John Myung - gitara basowa; Mike Portnoy - instrumenty perkusyjne
Rok wydania: 2003
Ocena: znakomite i rewelacyjne; trzeba to mieć - 9/10

Na płycie mamy siedem kawałków i aż 70 minut muzyki: trzyminutowy "Vacant" i ośmiominutowy "As I Am" to wyjątki - reszta numerów przekracza próg dziesięciu minut. Trochę jest na tej płycie z "Falling Into Infinity", odrobina ze "Scenes From A Memory", chwilami słychać starą, dobrą Metallikę. Płyta jest bardzo równa - odstaje tylko “Vacant” oraz fragmenty “This Dying Soul” oraz “Endless Sacrifice”. Patrząc całościowo - jest to najcięższy album zespołu - wystarczy posłuchać początkowego riffu w "In The Name Of God", gitarowego grzania w “Honor Thy Father”, instrumentalnej części "Endless Sacrifice" czy przesterowanych, drapieżnych wokaliz Jamesa. W porównaniu do poprzedniej płyty, "TOT" ma także zdecydowanie więcej dynamiki, a przy tym jest bardziej chwytliwa i porywająca. Bardzo nośnych melodyjnie wersów jest tu naprawdę sporo, podobnie co poniektóre partie gitar (motyw przewodni “Stream Of Counsciosness” choćby) oraz klawiszy momentalnie i na długo zapadają w pamięć. Jest to także album najbardziej stonowany pod względem technicznym w całej historii Dream Theater - nacisk położono bardziej ciężar i agresję, a gdzieniegdzie - na budowanie nastroju. Najbardziej słychać to w grze Jordana Rudessa, który jest tu mniej widoczny niż na poprzednich albumach; rzadziej wygrywa swoje opętańcze pasaże, a częściej prezentuje klawiszowe tła i subtelniejsze wtrącenia.
Key tracks to z pewnością bardzo agresywne “Honor Thy Father", okraszone znakomitym tekstem**, a w części instrumentalnej wypełnione postrzępioną gitarą. Do tego instrumentalne i mocno zakręcone "Stream Of Counsciosness", ocierające się o klimaty jazzowe oraz te znane z dokonań Liquid Tension Experiment; oraz majestatyczne, potężne i nastrojowe "In The Name Of God". Patrząc całościowo świetnie wrażenie robi także "Endless Sacrifice" z rozpędzająca się częścią instrumentalną (pomimo rozlazłych pierwszych zwrotek) oraz "This Dying Soul" z orientalizującym motywem gitarowym i instrumentalną nawałnicą na koniec (pomimo nieudanych metalcore’owych akcentów).

* Jeden z moich ulubionych fragmentów: "Expecting everyone to bow and kiss your feet Don't you see respect is not a one way street Blaming everyone for all that you've done wrong I'll get my peace of mind when you hear this song". True story, niestety.