Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 marca 2014

Treściwą serią po Cynic - recenzje płyt Focus, Traced In Air oraz Kindly Bent To Free Us

Cynic był jednym z pierwszych zespołów, który z impetem wbił kij w death metalowe mrowisko, pokazując, że granice zabaw stylistyką są sztucznym wymysłem. Choć na debiucie nie wszystko wyszło i “Focus” nie może się równać z powstającymi w podobnym czasie albumami Atheist czy Death (w szczególności z wydanym 5 lat później “The Sound Of Perseverance”), to tak czy inaczej w swoim czasie było to muzyczne trzęsienie ziemi, którego wpływ na rozwój muzyki ciężko przecenić. W zyskaniu przez zespół etykietki “kultowy” pomogło z pewnością też to, że po wywołaniu tegoż trzęsienia zespół niemal natychmiast zniknął ze sceny na kolejnych 15 lat. W tym czasie muzycy pogrywali w innych kapelach (te najbardziej znane to Gordian Knot oraz Spiral Architect), aż w końcu powrócili do współpracy w roku 2006, a jej efektem stała się druga płyta. A kilka dni temu światło dzienne ujrzało trzecie dokonanie zespołu.

Focus
Skład: Paul Masvidal - gitara, wokal; Sean Reinert - perkusja, klawisze; Jason Gobel - gitara; Sean Malone - bas, Chapman stick; Tony Teegarden - growling, klawisze;
Rok wydania: 1993
Ocena: jest lepiej niż dobrze, ale jeszcze nie bardzo dobrze - 7/10  

Intrygujące i przełomowe granie, łączące światy tak różne jak zaawansowany technicznie death metal, jazz oraz fusion, mające w dodatku dużą lekkość i polot. Wszystkie instrumenty grają tu praktycznie bez wytchnienia, muzyka jest bardzo gęsta, niezwykle poplątana i połamana rytmicznie oraz melodycznie. Jest sporo zwolnień, które przechodzą w eksplozję dźwięków. Gitary grają bardzo ostro, agresywnie, dużo jest mielenia ("I'm But A Wave To..."), a sekcja wygrywa jeden łamaniec za drugim. Duże zróżnicowanie mamy także w sferze wokalnej: jest tu growling, są czyste wokale, pojawia się vocoder, a także damski wokal Sonii Otey. Muzyka jest jazgotliwa, napastliwa i kapitalna technicznie. Duży szacunek także za świeżość oraz oryginalność - Cynic bez dwóch zdań dołożył swoją cegiełkę do historii muzyki. Jednak czysto muzycznie nie jest to granie powalające. W przypadku części utworów brakuje myśli przewodniej, kręgosłupa i nagrania wydają się zlepkiem świetnych fragmentów, które nie do końca pasują i nie wynikają z siebie. Każdy taki wycinek z osobna jest kapitalny, często wręcz zachwycający, ale razem nie tworzą one spójnej całości. Brak jest wyrazistych riffów czy solówek, a przepuszczone przez vocoder wokale w wielu momentach nie pasują do muzyki. Brakuje także emocji - nagrania są “chłodne”,  odhumanizowane i w sumie ciężko oprzeć się wrażeniu przerostu formy (10/10) nad treścią (5/10).
Najlepszy numer to "How Could I" z charakterystycznymi, niepokojącymi elektronicznymi akcentami oraz znakomitą - i niestety jedyną na płycie - gitarową solówką. Na wyróżnienie zasługuje także "Veil Of Maya", "Sentiment" oraz instrumentalne "Textures".

Traced In Air
Skład: Paul Masvidal – wokal, gitara; Sean Reinert – perkusja, syntezatory; Sean Malone – bas, Chapman Stick; Tymon Kruidenier – gitara, growling;
Rok wydania: 2008
Ocena: bardzo dobre; każdy powinien się zapoznać - 8/10

Ogólna koncepcja pozostała bez zmian - to nadal jest mieszanka bardzo technicznego death metalowego grania z jazzowymi inklinacjami. Ale wykonanie jest zdecydowanie lepsze niż 15 lat wcześniej. Jest nieco więcej zwolnień, które dość mocno i pozytywnie kojarzą się z Mars Volta, a gdzie indziej urzekają rozmarzonym klimatem (“The Space For This”, “King Of Those Who Know”). Eksplozji gęstych dźwięków także nie brakuje, przy czym są one dawkowane rozsądniej i z większym wyczuciem. Jest bardziej przejrzyście, jest więcej przestrzeni, dzięki czemu poszczególne instrumenty brzmią wyraziściej. Zespół zmniejszył poziom agresji oraz chętniej zwalnia tempo. Zdecydowana większość wokali jest czystych, bardzo często przekształconych przez vocoder. Growlingi, które się czasami pojawiają są raczej podkładem dla czystych wokali. Mamy tu kilka dobrych linii melodycznych, sporo chwytliwych - choć nadal śmigających i pokręconych - riffów, do tego miękki i mocny bas oraz mnóstwo łamańców perkusji. Intensywność muzyki jest nadal bardzo wysoka, choć jednak mniejsza niż na debiucie. Pomimo zwiększenia ilości klimatów obłąkanych i psychodelicznych, płyta pozostała klarowna i - jak na tego typu granie - dość chwytliwa.
Brzmiące chwilami jak kołysanka "The Space For This", "Adam's Murmur" z chwytliwymi, gęstymi zagrywkami gitarowymi, poplątane rytmicznie "King Of Those Who Know" oraz "Evolutionary Sleeper".

Kindly Bent To Free Us
Skład: Paul Masvidal - gitara, wokal; Sean Malone - bas, Chapman stick; Sean Reinert - perkusja, klawisze;
Rok wydania: 2014
Ocena: bardzo dobre; każdy powinien się zapoznać - 8/10

Na tej płycie zespół zrezygnował z mocnych, death metalowych akcentów, stawiając na zdecydowanie lżejsze, rockowe środki wyrazu (choć nie odmówił sobie wycieczek czy to w stronę ambientu, czy jazzu). Bez zmian pozostało natomiast progresywne zacięcie w komponowaniu nagrań oraz mnogość przejść rytmicznych wypełniających każdą chwilę albumu. Perkusyjne kombinacje i pogięte basowe frazy to zdecydowanie główni bohaterowie tej płyty - nacisk na stronę rytmiczną jest tutaj jeszcze większy niż na wcześniejszych albumach. Rola gitary nie jest dominująca, ale ciekawe gitarowe zagrywki są właściwie w każdym numerze ("The Lion's Roar", "True Hallucination Speak", "Moon Heart Sun Head", "Kindly Bent To Free Us"). Zrezygnowano z growlingu, a vocoder pojawia się nieco rzadziej - dominuje “normalny”, miękki wokal, a pewnym zaskoczeniem może być pojawienie się chórków (jak w nagraniu otwierającym płytę). Dużo jest zwolnień, z charakterystycznym, transowym rytmem, które świetnie kontrastują z pokręconymi i żywiołowymi odjazdami o rockowo-jazzowo-industrialnym posmaku. Brzmi to wszystko bardzo ciekawie, klarownie i melodyjnie - kontrasty nie są tak ekstremalne i zaskakujące jak na “Focus”, ale sensu w nich jest znacznie więcej. Więcej jest także luzu, emocji i dobrych melodii (“The Lion’s Roar”, “Infinite Shapes”, “Endlessly Bountiful”). Nagrania są wprawdzie mocno zbliżone do siebie brzmieniowo, a w paru miejscach aż się prosi o jakieś mocniejsze łupnięcie, ale nie zmienia to faktu, że jest to granie na równym i bardzo wysokim poziomie, które w pełni spełnia oczekiwania. Trzeba tylko pamiętać, że Cynic w roku 2014 to już nie klimaty Death czy Atheist, ale raczej Mars Volta, Porcupine Tree i Office Of Strategic Influence.
Na szczególną uwagę zasługuje odegrane z ogromnym luzem i arcyciekawe rytmicznie "True Hallucination Speak", "The Lion's Roar" z bardzo nośnym riffem oraz kapitalnie rozbieganymi partiami basu, zagęszczone "Kindly Bent To Free Us" z jazzrockowym zwolnieniem oraz hipnotyzujące "Moon Heart Sun Head".

wtorek, 4 lutego 2014

Treściwą serią po Deep Purple cz. 6 - recenzje płyt Bananas, Rapture Of The Deep oraz Now What?!

Bananas
Skład: Ian Gillan - wokal; Steve Morse - gitara; Don Airey - instrumenty klawiszowe; Roger Glover - bas; Ian Paice - perkusja (Mk VIII)
Rok wydania: 2003
Ocena: poprawnie, ale przeciętnie; można posłuchać - 5/10

Płyta utrzymana w bardziej wyluzowanym stylu i niestety mało przekonująca. Niby jest tu trochę fajnych pomysłów i niezłych melodii, ale kompletnie brakuje ikry. Numery płyną, ale zupełnie nie przykuwają uwagi, a pomimo wielu przesłuchań, właściwie żaden numer nie zapada jakoś szczególnie w pamięć. Luzacki i rozbujany klimat jest fajny, ale brak haczyków oraz emocji mocno dołuje finalną ocenę płyty. Blado wypada Morse (choć momenty są np. w “Picture Of Innocence” czy “Bananas”), który jest tu ukryty gdzieś z tyłu, podobnie bez energii gra sekcja. Sporo jest za to ciekawych i różnorodnych klawiszowych motywów, wygrywanych przez następce Lorda - Dona Aireya (mocne ataki w końcówce “Sun Goes Down”, delikatne pogrywanie w “Walk On”, przepychanki z Morsem w “Bananas”). Odżył także Gillan, który może nie wrzeszczy tak przenikliwie, jak 30 lat wcześniej, ale ma więcej wigoru niż na poprzednich dwóch płytach. Sporo nagrań krótkich (3,5-4 minuty), które sprawiają wrażenie napisanych na kolanie, a takie “Haunted” to już ekstraklasa nudziarstwa. Do myślenia daje także fakt, że w pisaniu najlepszych numerów swój udział miał producent płyty Michael Bradford - Purplom chyba po prostu brakowało polotu w czasie nagrywania albumu.
Zdecydowanie dwa najlepsze nagrania to bluesrockowe, wolne "Walk On" oraz chwytliwe, ale i zadziorne, ciekawe gitarowo "I Got Your Number". Interesującą ciekawostką jest też 1,5-minutowe, nastrojowe "Contact Lost" - gitarowy hołd dla astronautów wahadłowca Columbia. Można jeszcze wspomnieć o relatywnie najdynamiczniejszym "House Of Pain".

Rapture Of The Deep
Skład: Ian Gillan - wokal; Steve Morse - gitara; Don Airey - instrumenty klawiszowe; Roger Glover - bas; Ian Paice - perkusja (Mk VIII)
Rok wydania: 2005
Ocena: bardzo dobre; każdy powinien się zapoznać - 8/10

Zdecydowana poprawa. Współpraca muzyków jest o niebo lepsza, udało się także wykrzesać znacznie większą dawkę energii i poweru. Całość jest nieco prostsza i cięższa, a brzmienie jest ostrzejsze i po prostu - bardziej rockowe. Jest też odpowiedni polot, luz i rozmach. Airey gra sporo teł, i dopiero w solówkach, w niemal każdym ,numerze pokazuje co potrafi, grając dużo szybkich i gęstych, nasączonych jazzowym luzem partii. Muzyka jest chwytliwa, dynamiczna i rytmiczna, a cała płyta jest równa - każdy numer ma w sobie coś fajnego (tylko “Don’t Let Go” nieco odstaje, choć i tutaj jest na koniec fajne klawiszowe plumkanie).
Znakomite wrażenie robi "Rapture Of The Deep" z orientalizującym motywem przewodnim i kapitalnymi solówkami Morse'a i Airey'a oraz niespiesznie i bardzo zgrabnie rozwijające się od nastrojowego początku po instrumentalne wywijanie "Before Time Began". Poziom bardzo dobry to także konkretne "Money Talks", pełne werwy "Kiss Tomorrow Goodbye" oraz zadziorne "Back To Back".

Now What?!
Skład: Ian Gillan - wokal; Steve Morse - gitara; Don Airey - instrumenty klawiszowe; Roger Glover - bas; Ian Paice - perkusja (Mk VIII)
Rok wydania: 2013
Ocena: znakomite i rewelacyjne; trzeba to mieć - 9/10

19-ty album grupy i w sumie 325 lat na karkach członków zespołu (najmłodszy Morse to rocznik ‘54, najstarsi Gillan i Glover - ‘45) - to robi wrażenie. Dlatego tym bardziej niezwykła jest ilość energii i czadu, którymi emanuje to wydawnictwo. Jest to bez dwóch zdań nie tylko najlepsza płyta z Morse'm, ale także najlepszy album od “Perfect Strangers”, czyli od 19 lat. W rolach głównych mamy tu zdecydowanie Airey'a i Morse'a, którzy wyczyniają prawdziwe cuda - czuć, że obu świeżbią tutaj paluszki i dają temu upust. Obaj nie grali nigdy lepiej w barwach Deep Purple - u Morse'a jest czad, precyzja i przestrzeń, Airey jest iście wszędobylski ze swoimi różnorodnymi brzmieniami (orkiestra, Hammond, elektronika, pianino), a razem świetnie współpracują. Wokal Gillana wprawdzie nie taki jak za dawnych lat, ale ogólnie daje radę, tym bardziej, że linie melodyczne, choć może nie są genialne, to trzymają naprawdę wysoki poziom. Sekcja także nie odstaje, a całość brzmi świeżo, ma ikrę i rockowy pazur, jakich Purplom mogłoby pozazdrościć wiele kapel młodszych o pokolenie.
Znakomite jest "Uncommon Man"* z przestrzennym, nastrojowym i rozbudowanym początkiem, dynamiczną częścią wokalną i kapitalną zabawą Hammondem, która przechodzi w pełną rozmachu solówkę Morse'a. Do tego "Apres Vous" z dużym wyczuciem podlane elektroniką, bardzo chwytliwe "Above And Beyond"* ze “wspinającym się” motywem przewodnim, bluesująco-jazzujące "Blood From A Stone, "Out Of Hand" ze smyczkowym otwarciem, szybkie i zadziorne "Hell To Pay" oraz nasączone horrorzastym klimatem "Vincent Price".

* Te dwa nagrania zadedykowano Jonowi Lordowi.

wtorek, 28 stycznia 2014

Treściwą serią po Deep Purple cz. 5 - recenzje płyt The Battle Rages On, Purpendicular oraz Abandon

The Battle Rages On
Skład: Ian Gillan - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instrumenty klawiszowe; Roger Glover - bas; Ian Paice - perkusja (Mk IIc)
Rok wydania: 1993
Ocena: bardzo dobre; każdy powinien się zapoznać - 8/10

Ostatnia płyta z Blackmore’m w składzie to zupełnie inna bajka niż poprzednie dwa albumy - tutaj potencjometr jest ponownie ustawiony na właściwym miejscu. Znów jest ostro i z rockowym pazurem, znów rządzi gitara, a w odpowiednim momencie włączają się organy. Gillan wrócił do składu po naciskach wytwórni i choć nie śpiewa już z taką werwą oraz energią jak dawniej, to nadal jest to duża klasa. Fajnie brzmi tu sekcja - jest tłusta i konkretna, a riffy Ritchiego są melodyjne i odegrane z lekkością oraz dynamiką, a do tego mamy kilka szybkich, mocno pokręconych solówek. Nagrania są chwytliwe - wystarczą 2-3 przesłuchania i wpadają w ucho niemal wszystkie numery - ale tam gdzie trzeba jest wykop i "mięcho". Całość jest nośna, ale nie ma tutaj ani naciągania melodii, ani nadmiernego słodzenia - udało się znaleźć złoty środek i w efekcie udane są zarówno te ostrzejsze kawałki (“Lick It Up”, “One Man’s Meat”, “The Battle Rages On”), jak i nieco bardziej miękkie, przebojowe nagrania (“Talk About Love”, “Time To Kill”). Zapewne takie miało być już “The House Of Blue Light", tylko, że tam wyszło to przeciętnie, o “Slaves And Masters” nie wspominając. W sumie całość kojarzyć się może - bardzo pozytywnie - z płytą "Coverdale & Page".
Świetne jest zadziorne "The Battle Rages On" z orkiestrowymi akcentami oraz blisko 6,5-minutowe "Anya" z akustycznym, nastrojowym, "flamengo'watym” wstępem, przechodzący w dynamiczne granie z zawodzącym Gillanem. Do tego mamy melodyjne, ale niepokojące "Solitaire", konkretne "One Man's Meat" z kanciastym riffem oraz chwytliwe "Talk About Love" i "Time To Kill".

Purpendicular
Skład: Ian Gillan - wokal; Steve Morse - gitara; Jon Lord - instrumenty klawiszowe; Roger Glover - bas; Ian Paice - perkusja (Mk VII)
Rok wydania: 1996
Ocena: jest lepiej niż dobrze, ale jeszcze nie bardzo dobrze - 7/10  

Zmiana na stanowisku gitarzysty spowodowała nieco lżejsze, a bardziej gęste i poplątane momentami brzmienie. Nasączyło to cały album ciekawymi klimatami, do których w swojej historii nigdy tak mocno Purple nie sięgali. Pojawiają się tutaj zarówno brzmienia folkowe, jak i jazzowe, do tego mamy też akcenty funky, a nawet lekko psychodeliczne. Album jest żywy, momentami wręcz skoczny, a przy tym mocno eklektyczny. Sporo jest eksperymentów, dużo ciekawych i zaskakujących rozwiązań brzmieniowych. Niestety - poziom jest przy tym dość nierówny i nie wszystkie elementy zazębiają się tak, jak powinny. Chwilami zdecydowanie brakuje także ciężaru i pewnej surowości, a części nagrań brakuje również wyrazistego rdzenia (choćby “Soon Forgotten” jest bardzo ciekawy brzmieniowo, ale dość bezsensownie kręci się w kółko).
Nagraniem, które swobodnie można zaliczyć do najlepszych w historii Deep Purple, jest “Sometimes I Feel Like Screaming", przechodzące od stonowanej ballady do bardziej energetycznego grania, ze znakomitym motywem przewodnim oraz rozbudowaną, głównie gitarową partią instrumentalną. Dobre jest także dynamiczne "Hey Cisco" z jazzującym basem, zadziorne "Somebody Stole My Guitar", kompletnie nie purplowskie, nerwowo pulsujące i luzackie "Rosa’s Cantina" oraz ostre i postrzępione "Vavoom: Ted The Mechanic" z jazzującymi, gitarowymi wygibasami.

Abandon
Skład: Ian Gillan - wokal; Steve Morse - gitara; Jon Lord - instrumenty klawiszowe; Roger Glover - bas; Ian Paice - perkusja (Mk VII)
Rok wydania: 1998
Ocena: po prostu dobra płyta - 6/10

Album dość podobny do poprzedniego, choć bardziej jednorodny, bez tylu eksperymentów i wycieczek w poza-rockowe klimaty. Niestety - poziom nagrań jest średni - brakuje energii i ciekawych pomysłów i w efekcie, pomimo kilkunastu przesłuchań, niewiele zostaje w głowie. Nieco więcej jest tu gitary, trochę mniej klawiszy, sekcja nieco wycofana, także wokal wydaje się bardziej "zmęczony", a całość momentami brzmi w sposób dość "wymuszony". Kompozycje wydają się też niedopracowane - jest tu sporo fajnych momentów (solo Lorda w "69" czy też jego duet z Morse’m w “She Was”) w ogólnie przeciętnych czy niedopracowanych  numerach (bardzo fajnie skontrastowe, ale niedoszlifowane melodycznie "Watching The Sky"). Wielki znak zapytania pojawia się także przy "Bludsucker" - uwspółcześnionej wersji “Bloodsucker”, a także przy zdecydowanie za bardzo przypominającej “When A Blind Man Cries” balladzie "Don't Make Me Happy".    
Najciekawsze na płycie jest konkretne i zadziorne “Seventh Heaven" z mięsistym riffem i przyjemnie pogiętą partią gitarową, "Fingers To The Bone" z chwytliwym i delikatnym motywem przewodnim, skontrastowanym z mocnym riffem oraz żywe "Any Fule Know That" z mocnym, rozbujanym gitarowym krzesaniem.

środa, 15 stycznia 2014

Treściwą serią po Deep Purple cz. 3 - recenzje płyt Burn, Stormbringer oraz Come Taste The Band

Burn
Skład: David Coverdale - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instrumenty klawiszowe; Glenn Hughes - bas; Ian Paice - perkusja (Mk III)
Rok wydania: 1974
Ocena: bardzo dobre; każdy powinien się zapoznać - 8/10

Po kłótniach w zespole nastąpiły dwie zmiany w składzie: David Coverdale zastąpił Gillana, a  Glenn Hughes - Glovera i zmiany te od razu są słyszalne. Coverdale nieco mniej kombinuje z liniami wokalnymi, śpiewa bardziej miękko, co w połączeniu ze sporą ilością chórków sprawia, że wokalnie album brzmi dość delikatnie. Bas także jest lżejszy, jest go jednak więcej, jest gęściej położony, a czasami wręcz przejmuje od Blackmore'a pałeczkę w prowadzeniu nagrań. Ciekawie brzmią tutaj także klawisze, które są mocno zróżnicowane brzmieniowo - począwszy od dźwięków fortepianu, przez klasyczne, purple’owskie hammondowanie oraz mocniejsze tła, na klimatach zbliżonych do Eloy kończąc. Na albumie jest sporo naleciałości bluesowych, soulowych czy funkowych, co sprawia, że album brzmi zdecydowanie luźniej, a rockowy pazur pojawia się tylko okazjonalnie. Wiele nagrań jest opartych raczej na niemal skocznym pulsie sekcji i lekkim pogrywaniu Lorda niż na zadziornych riffach i ciężkim Hammondzie. W efekcie płyta brzmi dość nietypowo jak na Purpli - w wielu momentach pojawiają się skojarzenia z Santaną, Eloy czy Grand Funk Railroad. Chociaż nie wszystko się na tym albumie udało (rozciapciane “Might Just Take Your Life”), to wśród luźniejszych brzmieniowo dokonań Deep Purple (w stylu “Stormbringer”, “Fireball” czy “Bananas”), “Burn” to zdecydowanie najciekawsza propozycja.
Są tu dwa nagrania znakomite: rozpędzone i najostrzejsze “Burn” z dynamicznymi partiami Lorda oraz fenomenalnie zaśpiewany bluesrock "Mistreated" z prostym, ale zapadającym w pamięć motywem gitarowym i długimi partiami instrumentalnymi, w których niepodzielnie rządzi Blackmore. Świetne wrażenie robi także pulsujące “Sail Away”, perkusyjno-elektroniczny instrumental “‘A’ 200” (oba numery to granie wybitnie niepurpurowe) oraz luzackie, ale niepozbawione pazura "What's Goin’ On Here" z jazzującymi klawiszami.

Stormbringer
Skład: David Coverdale - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instrumenty klawiszowe; Glenn Hughes - bas; Ian Paice - perkusja (Mk III)
Rok wydania: 1974
Ocena: poprawnie, ale przeciętnie; można posłuchać - 5/10

Płyta przeciętna, jedna z najsłabszych w dorobku Deep Purple. Sprawia wrażenie odrzutów po "Burn", co do pewnego stopnia na pewno jest prawdą, bo przecież oba albumy wydano w tym samym roku. Zupełnie zmieniły się akcenty w stylistyce - tutaj to rock jest dodatkiem do mieszanki blues-soul-funkującej, a muzyka jest luźna i bardzo rytmiczna. Gitara jest mocno schowana, nie ma rozbudowanych solówek (ciekawie wypada właściwie tylko riff w "Stormbringer" oraz riff oraz solo w "The Gypsy"). Podobnie jest z Lordem, który jeśli już się pojawia, to odzywa się lekkim ozdobnikiem, często syntezatorowym, a jego solówek jest jak na lekarstwo. Bez dwóch zdań najmocniej daje się słyszeć bas, który kilka nagrań prowadzi niemal samodzielnie, wygrywając motyw przewodni (choćby świetny motyw w “You Can’t Do It Right”). “Stormbringer” to niestety Purple z wybitymi zębami, a także dość wypaleni i wyzuci z pomysłów. Czasem można potupać nóżką do rytmu, kilka ciekawych momentów jest, ale ogólnie płycie brakuje i pasji, i polotu, i pazura.
Relatywnie najlepsze jest - choć jest to poziom zaledwie dobry - "Stormbringer" z miarowym riffem oraz "The Gypsy" z najciekawszym na płycie motywem gitarowym. Swój urok ma także “Hold On” z soulowym, pozytywnym feelingiem, najdłuższą partią gitarową i krótką solówką Lorda.

Come Taste The Band
Skład: David Coverdale - wokal; Tommy Bolin - gitara; Jon Lord - instrumenty klawiszowe; Glenn Hughes - bas; Ian Paice - perkusja (Mk IV)
Rok wydania: 1975
Ocena: jest lepiej niż dobrze, ale jeszcze nie bardzo dobrze - 7/10

Blackmore opuścił zespół, aby zająć się swoim własnym projektem - Rainbow, ale że reszta Purpli chciała grać dalej, to w zespole pojawiło się zastępstwo - Tommy Bolin. I trzeba przyznać, że ten pierwszy album bez Blackmore’a prezentuje się ciekawie i znacznie lepiej od poprzedniego, z Ritchiem w składzie. Nadal bardzo ważny jest bas, ale już nie dominuje tak, jak na "Stormbringer". Zdecydowanie więcej jest klawiszy, choć Hammondów nadal niewiele. Bolin gra ostro, zadziornie, krzesze naprawdę konkretne riffy (“Dealer”, “Drifter”, “Love Child”), lubi luzacko pomielić (“Gettin’ Higher”), a gdy trzeba dodaje ciekawe zagrywki, które ozdabiają nagrania i dodają im nieco drapieżności (choćby świetne dźgnięcia w “I Need Love”). Gitarzysta dobrze czuje się także w dość luzackich, improwizowanych solówkach. Muzyka to nadal rockowo-funky-soulowy miks, ale równowaga jest tutaj o niebo lepiej zachowana, a całość ma werwę i brzmi świeżo. Szkoda, że Bolin wkrótce po nagraniu “Come Taste The Band” zmarł na skutek przedawkowania narkotyków. Gra tutaj bowiem naprawdę na poziomie, a dodatkowo maczał palce w tworzeniu wszystkich najlepszych kompozycji na płycie. Ale stało się tak, a nie inaczej, a Purple aż na 9 lat zawiesili działalność.
Wprawdzie nie ma tutaj żadnego nagrania wybitnego (jest za to "This Time Around", przedziwny soulowy potworek, będący jednym z najgorszych numerów w historii DP), ale patrząc całościowo, jest to więcej niż dobre, solidne granie. Na uwagę zasługuje “Gettin' Tighter", przybrudzone i chropowate “Dealer”, ciężkie "Drifter" oraz mocarne "Love Child" z odjechaną partią instrumentalną. Do tego kanciaste "Owed to "G"", a na koniec "You Keep On Moving" z rozbudowanym, basowym wstępem, a potem najdłuższymi na płycie solówkami Lorda i Bolina.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Treściwą serią po Black Sabbath cz. 8 - recenzja płyty 13

13
Skład: Ozzy Osbourne – wokal; Tony Iommi – gitara; Geezer Butler – bas; muzyk sesyjny: Brad Wilk – perkusja;
Rok wydania: 2013
Ocena: bardzo dobre; każdy powinien się zapoznać - 8/10

W składzie niemal klasycznym (brakuje tylko Warda) zespół funduje nam do bólu klasyczną w brzmieniu płytę. Takich riffów jak na “13” Iommi nie grał od bardzo dawna - jest potwornie ciężko, wolno, mrocznie i chropowato. Sporo jest także ciekawego “mielenia” - dość surowego i rozimprowizowanego, co kojarzy się z debiutancką płytą zespołu (“Damaged Soul”, “End Of The Beginning”, “Age Of Reason”). Ozzy także jest w wysokiej formie, łapie wszystkie górki i doły, w porównaniu z klasycznymi pozycjami kapeli śpiewa jednak nieco dynamiczniej, brzmiąc podobnie, jak na swoich solowych albumach. Bas jest, jak na Butlera, raczej słabo słyszalny - gra on głównie “zgodnie” z perkusją i ciężko się doszukać jakiś bardziej wyrazistych smaczków. Nie zmienia to faktu, że razem z Wilkiem grają solidnie i na dobrym poziomie. Album ma odpowiednią moc oraz energię i te kilkadziesiąt minut muzyki, to swego rodzaju wehikuł czasu, dzięki któremu można się przenieść 40 lat wstecz. Jest to świetne uczucie i głównie ono sprawia, że pierwsze dwa-trzy odsłuchy “13” są wręcz zachwycające.
Potem niestety pojawiają się pierwszy rysy. Przede wszystkim zbyt mało jest tu zabawy z tempem, a te przyspieszenia, które się od czasu do czasu pojawiają, są mało zaskakujące (pojawiają się dokładnie tam, gdzie można się ich spodziewać). Nieco do życzenia pozostawia także melodyka linii wokalnych, a choć trudno niby zarzucić zespołowi wtórność (skoro w swoim czasie zdefiniowali ciężkie granie), to jednak momentami zbyt mocno cytują oni tutaj samych siebie (“End Of The Beginning”, “Zeitgeist” czy “Damaged Soul” to wszystko numery co najmniej na poziomie, ale ciężko się uwolnić od bardzo mocnych skojarzeń z - odpowiednio - “Black Sabbath”, “Planet Caravan” oraz “Warning”). Trzeba też zwrócić uwagę na to, że regularna wersja “13” wypada znacząco słabiej od wersji Deluxe. Na dodatkowej płycie można znaleźć trzy nagrania, zdecydowanie szybsze, bardziej kanciaste, brzmiące bardziej nowocześnie, momentami wręcz brutalnie (czyżby wpływy Brada Wilka?). Szkoda, że nie zmieszano tych kawałków z regularnymi (w sumie byłoby to raptem 69 minut muzyki), ewentualnie - nie dokonano innych wyborów (trzy nagrania bonusowe zamiast “Zeitgeist” oraz “Loner”). Wprawdzie pomimo tych uwag, “13” nadal pozostaje albumem bardzo dobrym, ale wrażenie niedosytu pozostaje.
Zdecydowanie najlepsze na płycie jest mocno depresyjne, nasączone przybrudzoną psychodelią “Damaged Soul” z niesamowitym, pozakręcanym w hendrixowskim stylu, riffem i surowymi, rozbudowanymi wycinankami Iommiego oraz stoner rockowe “Pariah” z zabójczym riffemm, najlepszą na płycie melodią i solówką Iommiego. Do tego wolne i mroczne “End Of The Beginning” ze świetnym przyspieszeniem, “Age Of Reason” z ciekawymi rozwiązaniami rytmicznymi i gitarową jazdą oraz mocarne “God Is Dead?”.

czwartek, 31 października 2013

Treściwą serią po Black Sabbath cz. 7 - recenzje płyt Dehumanizer, Cross Purposes oraz Forbidden

Dehumanizer
Skład: Ronnie James Dio – wokal; Tony Iommi – gitara; Geezer Butler – bas; Vinny Appice – perkusja;
Rok wydania: 1992
Ocena: jest lepiej niż dobrze, ale jeszcze nie bardzo dobrze - 7/10

Powrót Dio, Butlera oraz Appice’a - w sumie melduje się więc skład znany z “Mob Rules”. Muzyka jest ostra, zadziorna, dużo jest chropowatości i motoryki, choć kilka mrocznych i cięższych, bardziej osadzonych momentów też jest. Całość brzmi nowocześnie, a czasami jest także mocno - zgodnie z tytułem płyty - "odhumanizowana" (wystarczy posłuchać mechanicznych riffów w "Buried Alive", "Sins Of The Father" czy "Time Machine"). Swoje zrobiło także zrezygnowanie z klawiszy. Kojarzyć się to może z Judas Priest z czasów “Painkillera” czy też “Jugulator”, również przez wokal Dio, który brzmi tutaj podobnie do Martina - jego wokal jest ostry, ma dużo dynamiki, a fragmenty wolniejsze, wyśpiewywane bardziej majestatycznie niemal się nie pojawiają. Powrót Butlera słychać od razu, bo pojawia się mnóstwo basowych smaczków (“Computer God”, “Master Of Insanity”). Riffy nie są megaciężkie, za to dużo jest szybszych zawijasów i solówek, które też przypominają nieco popisy duetu Tipton/Downing. Płyta jest bardzo równa - nie ma tu wypełniaczy, ale brak też nagrań wybitnych - choć dwa świetne są. Jedna z nielicznych płyt bez instrumentalnego kawałka.
"Computer God" z kapitalnymi basowymi smaczkami i zmianami tempa w drugiej połowie (akustyczne zwolnienie i rozpędzona solówka). Świetnie poprowadzone od mrocznego wstępu, przez miarową zwrotkę, aż po chwytliwy refren "After All (The Dead)" ze świetnie "mielącymi" podkładami Iommiego. Zadziorne jak diabli, zbudowane na mechanicznym riffie "Sins Of The Father" oraz chropowate “I" z bluesrockowymi zwolnieniami.

Cross Purposes
Skład: Tony Martin – wokal; Tony Iommi – gitara; Geezer Butler – bas; Bobby Rondinelli – perkusja; Geoff Nicholls – instrumenty klawiszowe;
Rok wydania: 1994
Ocena: jest lepiej niż dobrze, ale jeszcze nie bardzo dobrze - 7/10

Ciekawy, zróżnicowany, ale dość nierówny album. Ogólnie dużo jest podobieństw do poprzedniej płyty. Klimaty mroczne i ciężkie dalej są tutaj w niełasce, dominuje za to mocno rockowy, zadziorny wydźwięk (“Back To Eden” czy “Psychophobia”, która brzmi jak Bon Jovi z mocniejszą gitarą). Nadal dużo partii szybkich i rozpędzonych, podobnie w wokalu (znów Tony Martin za mikrofonem - po “Headless Cross” to najlepsza jego płyta) rządzi zadziorność i dynamika. Muzyka sprawia solidne wrażenie, ale błysku tutaj za wiele nie uświadczymy - brakuje zarówno zapadających w pamięć melodii, jak i partii gitarowych. Żaden riff czy solówka nie przewraca tutaj na łopatki (najlepsze solo, wściekłe i rozpędzone, jest w “Immaculate Deception”). Fajnie pogrywa bas (dużo szybkich partii choćby w “Immaculate Deception” czy”I Witness”; świetnie współbrzmi z klawiszami w “Cardinal Sin”), perkusja dość wycofana. Sporo klawiszy i są momenty, gdy mają bardzo dużo "do powiedzenia" - w karierze BS cieżko znaleźć takie fragmenty, jak mocne tła w "Immaculate Deception" oraz “Cross Of Thorns” czy orkiestrowe wstawki w "Cardinal Sin". Wpadką jest mroczny “na siłę” "Virtual Death", rozwleczone “Back To Eden” czy nieudana, mdława ballada "Dying For Love" (choć bluesujący wstęp jest fajny).
Po stronie plusów trzeba zapisać "rozsynchronizowane", klimatyczne, ale świetnie przełamywane przyspieszeniami "Immaculate Deception" oraz "Cardinal Sin" z ciekawymi zmianami rytmu, orkiestrowymi akcentami i momentami świetnym basem. Do tego "Evil Eye" ze świetną gitarową i basową partią instrumentalną w środku, a na koniec gitarowo-wokalną "kłótnią", dynamiczne "I Witnes" z szybkim, zapętlonym riffem oraz chwytliwa powerballada "Cross Of Thorns".

Forbidden
Skład: Tony Martin – wokal; Tony Iommi – gitara; Geoff Nicholls – instrumenty klawiszowe; Neil Murray – bas; Cozy Powell – perkusja;
Rok wydania: 1995
Ocena: poprawnie, ale przeciętnie; można posłuchać - 5/10

Jedno ze słabszych dokonań zespołu. Płyta jest pozbawiona ikry i pazura, brzmi jakby była nagrana na siłę, na “odczepnego”, większość nagrań pozbawiona jest jakichkolwiek ciekawych urozmaiceń. Stylistycznie nadal jest to granie na pograniczu rocka i metalu. Album zaczyna najgorszy numer w historii Sabbsów, czyli "Illusion Of Power" - nudne, mdłe i mordujące fatalnym wręcz wokalem. Zresztą w ogóle ten album wokalnie jest bardzo słaby - melodie są kompletnie pozbawione życia, a kolejne wersy wyśpiewywane są strasznie siłowo. Potem jest już lepiej, ale niewiele, bo to, co tutaj najciekawsze, można określić zaledwie mianem dobrego. Gitara jest w porządku, choć nie ma tu zbyt wielu godnych zapamiętania riffów, a solówek jest w sumie ze cztery i wszystkie przeciętnej jakości. Mocno uwypuklona jest sekcja - perkusja wali konkretnie, choć bez polotu, a bas, pomimo, że chwilami buczy bardzo przyjemnie, to brakuje mu zwykłej sprężystości. Nichols niby formalnie tutaj jest, ale jego pogrywania są praktycznie niesłyszalne. Do tego dochodzi niewyraźna produkcja, przez którą muzyka straciła przejrzystość i stała się “zaśmiecona”.
Jedyne jaśniejsze punkty to power ballada "I Won't Cry For You", niepokojące "Kiss Of Death" oraz zadziorne, kojarzące się nieco z Fates Warning "Can't Get Close Enough".

piątek, 25 października 2013

Treściwą serią po Black Sabbath cz. 6 - recenzje płyt The Eternal Idol, Headless Cross oraz Tyr

The Eternal Idol
Skład: Tony Martin – wokal; Tony Iommi – gitara; Geoff Nicholls – instrumenty klawiszowe; Bob Daisley – bas; Eric Singer – perkusja; Bev Bevan – perkusja;
Rok wydania: 1987
Ocena: poprawnie, ale przeciętnie; można posłuchać - 5/10

Po stylistyczno-wokalnych wycieczkach, które zespół uskuteczniał na “Born Again” oraz “Seventh Star”, kapela wraca tu do bardziej typowego dla siebie brzmienia. Riffy są zdecydowanie cięższe niż na wyżej wymienionych płytach, choć jednocześnie z pewnością lżejsze niż w czasach Dio i Ozzy’ego. Trochę zadziorności jest, momentami mamy też bardzo miłe dla ucha “walcowanie”, ale ogólnie Iommi gra lżej i szybciej (niemal skoczny motyw w “Nightmare”), a całość momentami ma mocno rockowy sznyt. Niestety, niewiele jest tu ciekawych gitarowo fragmentów (solo i riff w “Ancient Warrior”, riff w “Born To Lose”), solówki są mało wyraziste, a samo brzmienie gitary - nieco przytłumione. Sekcja łupie w stylu Warda i Butlera, co daje niezły kręgosłup dla nagrań, ale zbyt wiele finezji tu nie uświadczymy. Szczególnie tyczy to perkusji, która tłucze cały czas jedno i to samo tempo, a i bas nie jest wiele lepszy. Dokładając do tego suche, pozbawione krwistości brzmienie, mamy efekt zdecydowanie przeciętny. Wyczyny nowego człowieka za mikrofonem - Tony’ego Martina - mocno kojarzą się z Dio (z malutkim dodatkiem Coverdale’a). Wprawdzie barwa jest nieco inna, a w szybszych partiach Martin śpiewa bardziej dynamicznie i częściej sięga po wyższe rejestry, ale sposób śpiewania i budowania melodii jest bardzo podobny do Ronniego Jamesa, zwłaszcza w wolniejszych partiach. Całościowo jest to granie poprawne, ale nic więcej. Mamy kilka wypełniaczy, a chociaż nagrania nie są niby krótkie (większość ma 5-6 minut), to niewiele się w nich dzieje, brakuje kombinowania i zaskakujących rozwiązań.
Raptem dwa nagrania zasługują na większą uwagę: majestatyczne "Shining" ma klimat, zadziorność i bardzo dobrą melodię, a "Ancient Warrior" - ciekawe orientalne akcenty, zakręcony riff i dobry refren (szkoda, że zwrotki jakieś takie chaotyczne).

Headless Cross
Skład: Tony Martin – wokal; Tony Iommi – gitara; Geoff Nicholls – instrumenty klawiszowe; Laurence Cottle – bas; Cozy Powell – perkusja; gościnnie: Brian May (solo w "When Death Calls");
Rok wydania: 1989
Ocena: znakomite i rewelacyjne; trzeba to mieć - 9/10

Album jest zdecydowaniem najlepszym dziełem zespołu od czasu "Heaven And Hell" i do dnia dzisiejszego nic lepszego nie nagrali. Jest to także bez dwóch zdań najlepsza płyta z Tonym Martinem na wokalu, który ma tutaj o wiele więcej pewności siebie niż na poprzedniej płycie i śpiewa wręcz znakomicie. Często bardzo skutecznie i z wyczuciem atakuje wysokie rejestry, brzmi ostro, zdecydowanie, a jego wokal ma bardzo intrygujący, specyficzny “metaliczny” posmak. Także riffy są tu świetne - zdecydowanie najcięższe, najbardziej konkretne i najciekawsze melodyjnie od czasów “Mob Rules”. Brzmią ostro, są żylaste i mają odpowiedni ciężar. Podobnie dużo się  dzieje w partiach instrumentalnych - Tony pokazuje, że nadal ma ogień w paluchach i wygrywa tu naprawdę kapitalne, szybkie i zapętlone rzeczy. Perkusja również jest zdecydowanie bardziej urozmaicona, tak samo jak gra basisty, choć nadal nie jest on specjalnie mocno słyszalny. W sumie płyta jest krótka, ale nagrania są dość rozbudowane i zgrabnie zaaranżowane, przykuwają uwagę zastosowanymi rozwiązaniami oraz swoim zróżnicowaniem. Sporo jest tu mrocznych i niepokojących partii (ciekawe sączące się klawisze), są nagrania majestatyczne (“Headless Cross”, “When Death Calls” oraz “Nightwing”), ale są też szybsze, bardziej rytmiczne numery - jak luźniejsze, nieco rozbujane “Black Moon” czy zalatujące bardziej przebojowym, hardrockowym graniem “Kill In The Spirit World“ oraz “Call Of The Wind“. A wszystko naprawdę na bardzo wysokim poziomie.
Świetne są wszystkie trzy, bardziej rozbudowane nagrania - wszystkie intensywne i energetyczne (niesamowity power w refrenach w “When Death Calls” czy “Headless Cross”). Przesączone mrokiem "When Death Calls", to jedno z najbardziej niepokojących nagrań Black Sabbath i jednocześnie najlepszy numer od czasów “Heaven And Hell”. Rewelacyjne są także "Headless Cross" z kapitalnymi riffami i subtelną, klawiszową otoczką oraz “Nightwing”. Do tego dynamiczne "Devil & Daughter" oraz chwytliwe, whitesnake’owe w klimacie “Kill In The Spirit World”.

Tyr
Skład: Tony Martin – wokal; Tony Iommi – gitara; Geoff Nicholls – instrumenty klawiszowe; Neil Murray – bas; Cozy Powell – perkusja;
Rok wydania: 1990
Ocena: poprawnie, ale przeciętnie; można posłuchać - 5/10

Jedna ze słabszych płyt zespołu, szczególnie druga część albumu jest zagracona wypełniaczami. Jako całość cierpi na brak mocy, jest okrojona z agresji i energii. Jest też bardzo słaba melodyjnie - poza “Anno Mundi” i “The Sabbath Stones” nie ma tutaj kompletnie fragmentów przykuwających uwagę, a niektóre numery brzmią wręcz banalnie i plastikowo ("Jerusalem"). Nie ma też zbyt wiele ciężaru - numery są albo wolne i stonowane, albo dość dynamiczne, ale pozbawione miazgi. Album znów jest nieco bardziej wyluzowany, gitara gra lżej i niestety - mało wyraziście (choć momenty są - np. podkłady w zwrotkach "Jerusalem” czy gitarowe zakrętasy na początku "Feels Good To Me"). Wokal też mniej przekonujący - nie ma w głosie Martina tej pewności siebie, co na “Headless Cross” - nie wchodzi tu we "wrzaski", które dobrze mu wychodziły i zaostrzały brzmienie. Powell też się chyba nudzi, odgrywając to swoje jednostajne, miarowe, mało zdecydowanie łupanie. Po stronie plusów można zapisać kilka fajnych zagrywek Nicholsa, ale ogólnie rzecz biorąc od wielu numerów wieje tutaj nudą (słabiutkie i smętne, akustyczne "Odin's Court", pozbawione wyrazu “Feels Good To Me”). Mamy tu także jeden z najgorszych instrumentalnych momentów w historii Sabbsów, czyli pozbawiony wyrazu "The Battle Of Tyr" - pytanie, gdzie tu jest ta “bitwa”, skoro ani to podniosłe, ani dynamiczne, ani agresywne.
Jedyne jasne punkty to "Anno Mundi" z ciekawymi i zaskakującymi partiami chóru, organowymi klawiszami, najciekawszą melodyką i odpowiednią dawką energii (wielka szkoda, że na reszcie płyty nie sięgnięto bardziej konsekwentnie po rozwiązania z tego nagrania - szczególnie chóry i klawisze mogłyby mocniej i ciekawiej nasączyć album klimatem skandynawskiej mitologii) oraz brzmiące klasycznie po sabbathowsku "The Sabbath Stones”, utrzymane w wolnym tempie, z akustycznym zwolnieniem (wreszcie fajne partie basu).

piątek, 18 października 2013

Treściwą serią po Black Sabbath cz. 5 - recenzje płyt Born Again oraz Seventh Star

Born Again
Skład: Ian Gillan – wokal; Tony Iommi – gitara; Geezer Butler – bas; Bill Ward – perkusja;
Rok wydania: 1983
Ocena: słabe, nudne, nieciekawe; zero przyjemności z odsłuchu - 3/10

To miał być projekt Iommiego i Gillana, ale ze względów marketingowych zostało to przebrandowane na następną płytę Sabbathów. To, że w efekcie powstał twór, który zupełnie nie brzmi jak Black Sabbath to jeszcze pół biedy. Najgorsze jest to, że płyta jest po prostu mierna i nieciekawa. Podstawową sprawą jest to, że mocno blues/hardrockowy głos Gillana gryzie się z muzyką - jest za mało skupiony, a zbyt wyluzowany, a dodatkowo z uporem maniaka włazi na wysokie rejestry. “Górki” te są w zdecydowanej większości nietrafione, odśpiewywane bez przygotowania i z zaskoczenia (krzyki w “Thrashed” czy też w nagraniu tytułowym, choć trzeba przyznać, że ten ostatni numer to - patrząc całościowo - najlepiej odśpiewany kawałek) - czasami brzmi to jak jakaś przedziwna parodia powermetalu. W Purplach Gillan nigdy tak nie piał, więc zagadką jest skąd tutaj taka maniera, tym bardziej, że słychać także, że wszystkie te popisy kosztują go sporo wysiłku. Do poziomu dostosował się również Tony, który serwuje nam tutaj najgorsze riffy w historii zespołu - "odbębnione", odegrane byle jak, aby tylko jak najszybciej mieć je za sobą. Nie ma tu za grosz polotu - jest rzemieślnicze, mechaniczne odgrywanie, jakieś takie skrzecząco-męczące czasami (choćby w “Thrashed”, zamiast skupić się na ciekawych motywach, to mamy kombinowanie na siłę - brzmi to ostro, ale zupełnie bez emocji), a gdzie indziej znów gitara chowa się gdzieś po kątach (w “Zero The Hero” pojawia się kilka naprawdę dobrych zagrywek Iommiego, ale co z tego, skoro wszystko przysłania wysunięta na pierwszy plan, toporna sekcja). W sumie niby sporo jest tu gitarowej zajadłości, ale jakoś nie udało się tej energii przenieść przez głośniki na słuchacza. Wszystko to strasznie się gryzie i pasuje jedno do drugiego jak sanki w tropikach. W efekcie cała płyta robi wrażenie wymuszonej - najlepszy przykład to monotonne do bólu “Zero The Hero”, które nabija licznik aż do 7:37, jakby chciano na siłę naciągnąć czas trwania płyty. To samo jest w końcówce "Disturbing The Priest", w nagraniu tytułowym czy w "Keep It Warm". Równie marnie wypadają oba instrumentale, które komplenie nic nie wnoszą. Nie ma energii i radości grania, wszystko siłowe i “bezjajeczne”. Jako ciekawostka: z poziomem płyty koresponduje okładka, która zawsze jest w czołówce rankingów na najgorszą okładkę wszechczasów.
Od biedy można wskazać obłąkańcze "Disturbing The Priest" z mechanicznym riffem oraz zadziorne "Keep It Warm" z ciekawym "falowaniem" basu, a w końcowej partii fajnie się rozpędzające i nakręcone gitarową solówką.

Seventh Star
Skład: Glenn Hughes – wokal;  Tony Iommi – gitara; Geoff Nicholls – instrumenty klawiszowe; Dave Spitz – bas; Eric Singer – perkusja;
Rok wydania: 1986
Ocena: jest lepiej niż dobrze, ale jeszcze nie bardzo dobrze - 7/10

To też nie miała być płyta Black Sabbath, tylko solowy projekt Iommiego*, stąd brzmienie jest znów dalekie od klasycznego, ale sam poziom płyty jest naprawdę dobry. Zgrabnie zmieszano tu sabbathowskie riffy, szybką i stosunkowo lekką grę sekcji i mocny "heavy-bluesowy" wokal. Głos Hughesa - mocny, nisko brzmiący, z fajnym, "amerykańskim" feelingiem i specyficzną chropowatością, wpasowuje się w tą muzykę o niebo lepiej niż Ian Gillan na poprzednim albumie (choć w barwach Deep Purple Hughes do Gillana nie ma w ogóle startu). A w numerach takich jak hardrockowe “Danger Zone” czy bluesujące “Heart Like A Wheel” to już w ogóle czuje się jak ryba w wodzie. Znacznie więcej jest tu energii i zadziorności oraz chęci do gry - wszystko brzmi dzięki temu o wiele bardziej przekonująco. Choć płyta jest krótka (34 minuty) i kilka nagrań siłą rzeczy również, to nawet w tych 3 minutach z hakiem jest tutaj dwa razy więcej energii niż w znacznie dłuższych - ale rozmemłanych i przeciągniętych - numerach z “Born Again”. Riffy ostre, odpowiednio ciężkie i dynamiczne, choć przy tym sporo luzu. Chociaż nie wszystkie kawałki się udały (“Turn To Stone” ma energię, ale kompletnie brakuje mu myśli przewodniej), a co poniektóre kompletnie nie brzmią jak Sabbsi (ballada "No Stranger To Love" czy przebojowe, hardockowe "Danger Zone oraz "Heart Like A Wheel"), to nie zmienia to faktu, że cała płyta jest na poziomie więcej niż dobrym i słucha się jej z przyjemnością.
Świetne wrażenie robi majestatyczne nagranie tytułowe, chwytliwe jak diabli "Danger Zone" z motorycznym riffem oraz metalowy bluesior "Heart Like A Wheel" z kapitalnym mieleniem Iommiego. Bardzo dobre jest także konkretne i zadziorne "In For The Kill" oraz mocno “purpurowe” "Angry Heart".

* Co zresztą znalazło odbicie w kuriozalnym napisie na okładce “Black Sabbath featurning Tony Iommi”. Przecież wyrzucanie gitarzysty - jedynego członka zespołu, który grał na wszystkich płytach zespołu - “poza nawias”, ma równie dużo sensu jak wydanie albumu Iron Maiden featurning Steve Harris albo King Crimson featurning Robert Fripp.

środa, 16 października 2013

Treściwą serią po Black Sabbath cz. 4 - recenzje płyt Heaven And Hell oraz Mob Rules

Heaven And Hell
Skład: Ronnie James Dio – wokal; Tony Iommi – gitara; Geezer Butler – bas; Bill Ward – perkusja; Geoff Nicholls – instrumenty klawiszowe
Rok wydania: 1980
Ocena: genialne, zachwycające; arcydzieło - 10/10

Jeden z klasycznych albumów zespołu i w historii heavy metalu w ogóle. Odłożono na bok wszelkie "naleciałości" i dziwne pomysły, skupiając się na czystej metalowej formie. Każdy numer ma swoją myśl przewodnią i odgrywany jest w skupieniu oraz na pełnej koncentracji. Duża intensywność i potężny poziom energii jest tu aplikowany przez całe 40 minut. Nie ma ani momentu dłużyzn, nie ma wypełniaczy - wszystkie nagrania na wysokim poziomie - obok "Sabbath Bloody Sabbath" to najrówniejszy album zespołu. Układ płyty jest taki, że mamy piosenki nieco prostsze, szybsze i krótsze na przemian z dłuższymi, cieższymi i bardziej rozbudowanymi. Te drugie mają spokojne, nastrojowe początki albo tkane na akustyku (“Children Of The Sea”), albo wygrywane na klawiszach (“Die Young”), jedynym wyjątkiem jest nagranie tytułowe, które bez kombinacji od razu rozbija bębenki w uszach majestatycznym riffem. Po rozstaniu się z Osbournem, sięgnięto po Ronniego Jamesa Dio, który wypada tutaj rewelacyjnie, zarówno jako wokalista, jak i tekściarz.* Ozzy to oczywiście wielka charyzma, ale technicznie Dio kładzie go na łopatki i to jedną ręką. Jego wokal brzmi niezwykle epicko, majestatycznie, głos jest czystszy i mocniejszy, więcej jest także “zabaw” z melodią. Potrafi też zabrzmieć z hardrockowym posmaczkiem, nieco dynamiczniej wyrzucając wersy (jak choćby w “Lady Evil”). Wielka jest też forma Butlera - jest go tutaj bardzo dużo, gra gęściutko, momentami brzmiąc jak gitara (“Heaven And Hell”, “Die Young”) - wyższego poziomu basowych pochodów na płytach Sabbsów nie da się znaleźć. Iommi również prezentuje bardzo wysoki poziom - gra ostro i świdrująco, a przy tym bardzo żwawo i dość dynamicznie (w “Walk  Away” jest nawet jakiś taki pozytywny feeling i rockowe rozbujanie).
Genialnie odśpiewany utwór tytułowy ** z majestatycznym riffem przewodnim, świetnym nerwem basu i miażdżącym energią przyśpieszeniem oraz "Children Of The Sea" z klimatycznym wstępem na akustyku, potem kapitalnym, jednym z najciekawszych riffów Iommiego (zagranym jakby na dwa tempa). Dynamiczne "Die Young" z klimatycznym, syntezatorowym wstępem i zaskakującym wyciszeniem w którym Dio szepcze: "die young... die young..." oraz potężne, wolno przetaczające się "Lonely Is A World" z gitarowymi popisami Iommiego. Wśród numerów “prostszych” trzeba zwrócić uwagę na "Lady Evil" z niesamowitym pulsem sekcji oraz dynamiczne “Neon Knights”.

* Wersy “Heaven And Hell” to jak dla mnie jedna z najlepszych tekstowo rzeczy w historii muzyki. Jak tu nie mieć ciarów na plecach, jak Dio wyśpiewuje:
"The lover of life's not a sinner
The ending is just a beginner
The closer you get to the meaning
The sooner you'll know that you're dreaming"

** Wersja z płyty jest genialna, ale mimo tego ekipa w składzie Dio, Iommi, Butler oraz Appice występujaca pod szyldem Heaven And Hell i tak ją przebiła. Na koncertowym DVD z 2009 roku  zarejestrowanym w Rockpalast, znajduje się 19-minutowa wersja, która jest istnym misterium, z mistrzem ceremonii w osobie Dio oraz Iommim, który wygrywa na gitarze istne cuda, eksplorując klimaty metalowe, rockowe, bluesowe, a nawet jazzowe (od 56:45).

Mob Rules
Skład: Ronnie James Dio – wokal; Tony Iommi – gitara; Geezer Butler – bas; Vinny Appice – perkusja; Geoff Nicholls – instrumenty klawiszowe
Rok wydania: 1981
Ocena: jest lepiej niż dobrze, ale jeszcze nie bardzo dobrze - 7/10

Płyta bardzo podobna do poprzedniczki, tylko ogólnie rzecz biorąc - wyraźnie słabsza. Nie ma tej świeżości i energii, wyraźnie gorsze są także rozwiązania melodyczne. Brzmienie jest bardziej surowe, bardziej posępne i kanciaste. Pojawia się nieco więcej klawiszowych ozdobników, które dobrze komponują się z muzyką (przede wszystkim w “E5150”, ale też w “The Sign Of The Southern Cross” czy “Falling Off The Edge Of The World”). Jeśli chodzi o charakterystykę nagrań, to nie ma tu tak wyraźnego podziału jak na "H&H". Są dwa nagrania dłuższe, bardziej rozbudowane, majestatyczne, reszta jest utrzymana w tempach szybkich lub średnich, z większą dawką drapieżności. Album bardzo równy, bas nadal daje czadu, a Dio śpiewa pięknie, mocarnie, ale i delikatniej jak trzeba (bardzo nietypowe dla niego wokalizy na początku “The Sign….”). W sumie mamy tu nagrania dobre lub bardzo dobre, ale brakuje tych genialnych.
Pełen rozmachu, monumentalny "The Sign Of The Southern Cross", dynamiczne "Falling Off The Edge Of The World", pełne energii "The Mob Rules" oraz "Voodoo" z ostrym i mechanicznym riffem. Intrygująco wypada też "E5150" - instrumental, będący połączeniem stylistyki Pink Floyd i Black Sabbath.

piątek, 11 października 2013

Treściwą serią po Black Sabbath cz. 3 - recenzje płyt Technical Ecstasy oraz Never Say Die!

Technical Ecstasy
Skład: Ozzy Osbourne – wokal; Geezer Butler – bas; Tony Iommi – gitara;
Bill Ward – perkusja
Rok wydania: 1976
Ocena: słabe, nudne, nieciekawe; zero przyjemności z odsłuchu - 3/10


Jest to granie zupełnie inne stylistycznie niż wcześniej i o wiele słabsze  jakościowo. Nie ma tu śladu po mroku pierwszych albumów, nie jest tak agresywnie, ani różnorodnie. Zespół odgrywa patenty już sprawdzone, przy czym robi to w sposób bardziej luzacki, nie tak intensywny, zdecydowanym ruchem upraszczając nagrania. Mniej jest partii instrumentalnych, a jeśli są - to krótkie, przy czym w większości przypadków nawet przez te kilkanaście/dziesiąt sekund nie udaje się stworzyć nic ciekawego. Pełno jest tu nietrafionych rozwiązań kompozycyjnych, a melodie są wręcz fatalne - przekomplikowane, udziwnione i bez wyrazu. Riffy w większości również mało zajmujące, w dodatku są odgrywane z jakimś takim wycofaniem i nieśmiałością - brakuje tu zadziorności, pazura i majestatyczności. Na plus można zapisać tylko postawę Geralda Woodruffe’a, który fajnie pogrywa na klawiszach - sporo ciekawych momentów jest nawet w nagraniach ogólnie bardzo słabych jak “It’s Alright” czy “You Won’t Change Me”. Po “ciemnej stronie mocy” znajdują się zarówno dwie ballady-niewypały (żenujące wręcz "It's Allright" z katastrofalnym wokalem Warda oraz płaczliwe "She's Gone"), dwa szybsze nagrania, które miały być bardziej zadziorne ("Back Street Kids" i "Rock'n'roll Doctor"), a także "You Won't Change Me" - niby najmocniejsze i najbardziej “w klimacie” Sabbathów, ale niezwykle nudne. To w ogóle jest słowo-klucz - przy większości numerów aparat gębowy otwiera się z ziewnięciem tak szerokim, że aż zawiasy puszczają.
Jedyny dobry numer to  najdłuższe na płycie, chropowate "Dirty Woman" z rozbudowaną partią instrumentalną. Do tego można na upartego dorzucić żywe i rytmiczne "Gypsy" oraz luzackie  i zadziorne "All Moving Parts (Stand Still)".


Never Say Die!
Skład: Ozzy Osbourne – wokal; Geezer Butler – bas; Tony Iommi – gitara;
Bill Ward – perkusja; gościnnie: Don Airey - instrumenty klawiszowe;
Rok wydania: 1978
Ocena: jest lepiej niż dobrze, ale jeszcze nie bardzo dobrze - 7/10


Album ten - podobnie jak poprzedni - mocno odchodzi od pierwotnego stylu grupy - ale w przeciwieństwe do “TE” - tutaj muzyka jak najbardziej się broni. Znów jest sporo luzu, w przeważającej części mamy tu do czynienia z rockiem raczej niż z metalem, ale z pewnością jest nieco ciężej i zdecydowanie zadziorniej. Nagrania są nieco dłuższe, a przy tym dobrze przemyślane - nie ma takiego chaosu kompozycyjnego i poplątania. O niebo lepsze są także melodie - nawet jeśli mają nieco piosenkowy sznyt (jak np. w “Junior’s Eyes”), to robią co najmniej dobre wrażenie.Gitara jest chwilami nieco wycofana i Iommi nie gra tutaj roli tak pierwszoplanowej jak na starszych płytach, ale porównania do TE w ogóle nie ma, bo tutaj w jednym nagraniu dzieje się gitarowo więcej niż na całej poprzedniej płycie. Mocniej za to słychać bas. Jest dużo fajnych pomysłów, sporo się dzieje, album jest równy, w kilku nagraniach świetnie wykorzystano klawisze, sięgnięto także po dęciaki czy saksofon.
Świetnie pulsujące i zadziorne "Junior's Eyes" oraz spokojne "Air dance" ze świetnymi klawiszami, jazzującym zwolnieniem i dalszą częścią instrumentalną. Ostry "Over To You" z najcięższym na płycie riffem i delikatnymi klawiszami, dynamiczne "Never Say Die", utrzymane nieco w duchu numeru “Paranoid” oraz instrumentalne "Break Out" z dęciakami i świetną partią saksofonu.