Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 listopada 2013

Treściwą serią po Dream Theater cz. 3 - recenzje albumów Dramatic Turn Of Events oraz Dream Theater

Dramatic Turn Of Events
Wykonawcy:      James LaBrie - wokal; John Petrucci - gitara; Jordan Rudess - instrumenty klawiszowe; John Myung - gitara basowa; Mike Mangini - instrumenty perkusyjne
Rok wydania: 2011
Ocena: bardzo dobre; każdy powinien się zapoznać - 8/10

Po rozstaniu się z jednym ze współzałożycieli grupy zespół odzyskał wigor - album brzmi świeżo i jest najlepszym dokonaniem kapeli od czasu “Train Of Thought”. Na płycie jest polot, lekkość i radość grania, a poszczególne elementy są dobrze wyważone (z czym na trzech wcześniejszych płytach był spory problem) - partie spokojniejsze są oddechem, są melodyjne, ale nie nudzą, a ostrzejsze - mają odpowiedni ciężar i agresywność, ale nie przytłaczają. Całość jest spokojniejsza i bardziej rockowa, co kojarzyć się może z “Falling Into Infinity”; pojawiają się także klimaty znane z innych płyt z lat 90. (“Images And Words” oraz “Awake”). Mamy więcej rozmachu, pojawiają się majestatyczne, orkiestrowe brzmienia, a także chóry ("On The Backs Of Angels", "Bridges In The Sky") oraz kilka specjalnych "efektów dźwiękowych". W bardzo dobrej formie jest Petrucci, którego gitara jest bardzo wszędobylska, a riffy czasem nawet “udają” perkusję. Kroku dotrzymuje mu Rudess, a współpraca między nimi jest znakomita. Najsłabiej wypadł nowy perkusista, Mike Mangini, którego partie schowane w tle, mało słyszalne i ciężko zawiesić na nich ucho (poza refrenem "Lost Not Forgotten" i momentami w "Bridges...").
Najlepsze nagrania to "Breaking All Illusions" z bardzo fajnym brzmieniem basu, porywającą częścią instrumentalną (kapitalna “bitwa” od 5 minuty) oraz powalającą solówką Petrucciego, którego gitara "śpiewa" tu w iście satrianowskim stylu; "Lost Not Forgotten", które jest najmocniej przesiąknięte klimatem "Images And Words" oraz "Outcry", odegrane z rozmachem, mocno podlane klawiszami, z pokręconą częścią instrumentalną (trochę jazzrocka, trochę Liquid Tension Experiment, trochę “SFAM”, trochę Rush”). Do tego najcięższe na płycie, świetne rytmicznie "Bridges In The Sky" upstrzone orientalnymi ozdobnikami oraz stonowane "Beneath The Surface" z gitarą akustyczną i klawiszami w roli głównej, z ciekawym solo Jordana (odegranym trochę w stylu poprzednika, Dereka Sheriniana).

Dream Theater
Wykonawcy:      James LaBrie - wokal; John Petrucci - gitara; Jordan Rudess - instrumenty klawiszowe; John Myung - gitara basowa; Mike Mangini - instrumenty perkusyjne
Rok wydania: 2013
Ocena: poniżej przeciętnej; płyta, jakich były tysiące - 4/10

Najsłabszy i najbardziej przewidywalny album w karierze zespołu. Płyta jest wyprana z emocji, sztucznie ponaciągana i zdecydowanie przekombinowana. Nie ma lekkości, a poszczególne trybiki składające się na nagrania rozpadają się jak tylko trącić mechanizm. “Dream Theater” nie przynosi nawet grama nowości - cała muzyka opiera się na patentach ogrywanych przez DT od dawna i z wielokrotnie większym powodzeniem. Nagrania mają przeciętne melodie, a także pozbawione są “haczyków”, które przykuwałyby uwagę. Na uwagę zasługuje właściwie tylko gra Manginiego - perkusja jest tu o wiele gęściejsza i bardziej wyrazista niż na poprzedniej płycie. Ciekawie wypada także Rudess, który brzmi dość subtelnie i delikatnie, bez klawiszowych ataków i udziwnionych pasaży. Petrucci gra dużo gęstych i mechanicznych, ale niespecjalnie ciężkich, riffów; pojawia się także kilka przejrzystych, lekkich solówek - niestety, jakość gitarowego grania jest tutaj mocno przeciętna. Całość jest oczywiście perfekcyjna pod względem technicznym, ale kompozycyjnie jest słabo, a album kompletnie “nie chwyta”. Część nagrań jest kiepska od początku do końca (“False Awakening Suite” jest banalne, a “The Enemy Inside” to najbardziej prymitywna piosenka, jaką nagrał zespół), w innych mamy tylko momenty lub smaczki (ciekawe, soundtrackowe intro w “Behind The Veil”, dobra trzecia zwrotka w “Along For The Ride” po której następuje jedna z nielicznych, solówek Rudessa o mocno pastelowym brzmieniu; basowe odzywki w stylu Geddy’ego Lee w “Enigma Machine - przy czym i tak to nagranie oraz “False…” to dwa najgorsze instrumentale w historii DT).
W sumie najciekawsze na płycie jest pierwsze 11,5 minuty “Illumination Theory” (poza 100-sekundowym, irytującym i wybijającym z rytmu fragmentem ambientowym). Dzieje się tam sporo, ale z sensem. Jest odpowiedni balans dynamiki, zadziorności i zapętlenia, jest fajna, rozmarzona i też dość soundtrackowa orkiestracja, a potem nagranie fajnie nabiera sprężystości. Druga połowa niestety jest już mało zajmująca, natomiast kończąca nagranie fortepianowa miniaturka jest niezła, ale doczepiona na siłę. Poza tym można zwrócić uwagę na “The Bigger Picture”, które zgrabnie się rozwija od balladowych zwrotek, przez granie czadowe, a na końcu - dość podniosłe (druga zwrotka to jeden z nielicznych momentów na płycie naprawdę przykuwających uwagę); oraz odegrane z luzem “The Looking Glass”, z niezłą melodią oraz najciekawszą na płycie solówką Petrucciego.

piątek, 22 listopada 2013

Treściwą serią po Dream Theater cz. 2 - recenzje albumów Octavarium, Systematic Chaos oraz Black Clouds And Silver Linings

Octavarium
Wykonawcy:      James LaBrie - wokal; John Petrucci - gitara; Jordan Rudess - instrumenty klawiszowe; John Myung - gitara basowa; Mike Portnoy - instrumenty perkusyjne
Rok wydania: 2005
Ocena: jest lepiej niż dobrze, ale jeszcze nie bardzo dobrze - 7/10

To pierwsza tak nierówna płyta zespołu, ale niestety nieostatnia. Jest tu osiem nagrań, jedno 24-minutowe, jedno 11-minutowe, a pozostałe zdecydowanie krótsze. Od strony wykonawczej jest to nadal poziom bardzo wysoki, ale kompozycje momentami mocno kuleją, głównie na skutek braku jakichkolwiek zaskakujących rozwiązań. Wyczuwalny jest brak radości grania, obszerne fragmenty płyty są wyprane z emocji, a muzyka nie porywa. Urozmaicanie nagrań, zabawy tempem i rytmiką wyszły tutaj tylko gnieniegdzie, w związku z tym część nagrań jest nużąca. “The Root Of All Evil” jest zdecydowanie zbyt ociężałe, ballada “The Answer Lies Within” jest mdława, “I Walk Beside You” to marnej jakości pop, a patetyczne “Sacrificed Sons” ma niezłą melodię i ciekawie przyozdobione jest orkiestracjami, ale tempo jest o połowę za wolne, a część instrumentalna robi wrażenie odbębnionej. Także wokalnie jest słabiej niż na ostatnich płytach - czuć, że LaBrie momentami mocno się męczy (choćby refreny “These Walls” czy “Never Enough”), a w wyśpiewywanych frazach brakuje klarowności. Dużo jest klawiszy Rudessa, pojawia się także kwartet smyczkowy w “The Answers…” oraz orkiestra w “Octavarium” oraz “Sacrificed Sons”, ale tylko w tym ostatnim efekt jest naprawdę ciekawy. W sumie mamy tu modelowy przykład pożerania przez kapelę własnego ogona.
Magnum opus płyty jest nagranie tytułowe, choć nawet ono nie urzeka od początku do końca - floydowo-psychodeliczny początek generuje bardzo fajny klimat, ale trwa zbyt długo, podobnie jak początkowa, wolna część wokalna. Ale od 8. minuty jest to już granie bardzo dobre, a momentami wręcz znakomite z kapitalnymi basowymi wygibasami w “Medicate”, świetnym artrockowym feelingiem w “Full Circle” oraz świetną partią instrumentalną, nie stroniącą od wyścigów, ale jednocześnie klarowną. Do tego zadziorne i ciekawe melodycznie “These Walls” z gęściutkimi i lekkimi partiami Portnoya, kanciastym riffem i dobrą solówką (na koniec dzieją się fajne rzeczy z udziałem orkiestry - szkoda, że tego nie “pociągnięto”); dynamiczne i pokręcone “Panic Attack”, znów świetnie zagęszczone przez Mike’a oraz dynamiczne “Never Enough” - niby proste granie, ale z powerem i fajnymi, mechanicznymi riffami.

Systematic Chaos
Wykonawcy:      James LaBrie - wokal; John Petrucci - gitara; Jordan Rudess - instrumenty klawiszowe; John Myung - gitara basowa; Mike Portnoy - instrumenty perkusyjne
Rok wydania: 2007
Ocena: po prostu dobra płyta - 6/10

Poziom utworów jest jeszcze bardziej rozstrzelony, niestety z przewagą grania mocno przeciętnego. Brakuje lekkości i dynamiki. Nagrania są jeszcze bardziej jednorodne, polotu w partiach gitarowych - brak, a Rudess przez większość płyty jest “zaginiony w akcji”. Czuć zmęczenie materiału, nagrania są rwane, bez płynności. Z jednej strony są tu najcięższe momenty w historii DT, a z drugiej - najbardziej spokojne i klimatyczne, ale nie zostało to ze sobą zmieszane, tylko serwowane jest osobno. W efekcie zamiast wielowątkowych kompozycji mamy granie jednowymiarowe, które po minucie zaczyna nużyć. Jest tu metalowa “łup-atologia” w postaci “Constant Motion” oraz “Dark Eternal Night” (choć tutaj niezła część instrumentalna), jest totalnie rozmemłane “Repentance”, jest nudna pierwsza połowa “The Ministry Of Lost Souls” oraz nieudany eksperyment z elektroniką w postaci “Prophets Of War”.
Mamy tutaj jednak jeden numer wręcz genialny, najlepszy od czasów “Train Of Thought” do dnia dzisiejszego, czyli dwuczęściowe “In The Presence Of Enemies”. Pierwsza część pełna rozmachu, a druga świetnie łącząca mrok z przestrzenią i dynamiką - szkoda, że zostało to na płycie podzielone, bo połączone razem daje jeszcze lepszy efekt niż jako otwarcie i zamknięcie płyty * (choć nic nie stoi na przeszkodzie, aby na odtwarzaczu CD wybrać “1” oraz “8” i cieszyć się kompozycją w całości). Na uwagę zasługuje także “Forsaken” - jeden z najbardziej nośnych numerów w historii DT - ma chwytliwy riff z charakterystycznym “poślizgiem”, dobrą melodię, odpowiedni poziom energii i fajne gitarowe “szczypanko” w zwrotkach.** No i druga połowa “The Ministry…” - mocno postrzępiona część instrumentalna - także zasługuje na uwagę.

* Taka wersja jest na DVD “Chaos In Motion”, mocno nierównym wykonawczo oraz pod względem jakości audio-wizualnej, ale ten kawałek (i kilka innych) wypadł rewelacyjnie - tu i tu.

** Warto zwrócić uwagę na wideoklip do tego nagrania, jest to bowiem zdecydowanie najciekawszy teledysk DT w historii. Zastosowano w nim technikę animacji rotoskopowej, znaną np. z obrazu “Przez ciemne zwierciadło”.

Black Clouds And Silver Linings
Wykonawcy:      James LaBrie - wokal; John Petrucci - gitara; Jordan Rudess - instrumenty klawiszowe; John Myung - gitara basowa; Mike Portnoy - instrumenty perkusyjne
Rok wydania: 2009
Ocena: poprawnie, ale przeciętnie; można posłuchać - 5/10

Właściwie można powtórzyć większość z opisów poprzednich dwóch płyt, tylko, że w każdym aspekcie trzeba dopisać, że jest jeszcze gorzej. Jeszcze słabsze są melodie, totalnie brakuje iskry i ciekawych pomysłów - jednym słowem: muzyczna pańszczyzna. Nagrania przeciętne zostały zastąpione przez słabe, natomiast znakomite - przez najwyżej “dobre z plusem”. Utwór najbardziej charakterystyczny dla tej płyty to “The Shattered Fortress” - muzyczny frankenstein, w którym zszyto mniej lub bardziej zmodyfikowane fragmenty z wcześniejszych części “alkoholowej sagi” Portnoya - takie kopiowanie zdecydowanie zespołowi nie przystoi. Całość jest nieco lżejsza niż trzy wcześniejsze albumy - perkusja i gitara są nieco wycofane, mało jest ciężkich riffów, dużo natomiast mamy lżejszych, rytmicznych partii.
Na uwagę zasługuje tylko art rockowe “The Count Of Tuscany” z ciekawą, horrorowatą historią, odegrane ze sporym rozmachem, z ciekawą rytmiką i rozlewającymi się klawiszami (choć środkowa nastrojowa partia, to nic innego jak gra na czas); oraz “The Best Of Times” z dużą dawką pozytywnej energii oraz ciekawą końcówką, będącą najlepszym instrumentalnym momentem na płycie.

środa, 20 listopada 2013

Treściwą serią po Dream Theater cz. 1 - recenzje albumów Metropolis p. 2: Scenes From A Memory, Six Degrees Of Inner Turbulence oraz Train Of Thought

Pięć wcześniejszych albumów zespołu opisywałem jakiś czas temu w nieco bardziej rozbudowanej formie (są tutaj: "Majesty Demos", “When Dream And Day Unite”, “Images And Words”, “Awake”, “A Change Of Seasons”, “Falling Into Infinity”). Stąd “Treściwą serią po Dream Theater” zaczynam od płyty numer sześć.

Metropolis p. 2: Scenes From A Memory
Skład: James LaBrie - wokal; John Petrucci - gitara; John Myung - bas; Mike Portnoy - perkusja; Jordan Rudess - instrumenty klawiszowe;
Rok wydania: 1999
Ocena: genialne, zachwycające; arcydzieło - 10/10

Obok “Images And Words” jest to najważniejszy i najlepszy album zespołu, a jednocześnie jeden z najwybitniejszych koncept-albumów w historii muzyki. Udało się tutaj po mistrzowsku zsynchronizować niebanalną warstwę tekstową* z kapitalną warstwą muzyczną, dzięki czemu w kategorii “dźwiękowej podróży” równać się z płytą może tylko “Operation: Mindcrime” Queensryche. Mnóstwo jest tu zmian klimatu, łamańców rytmicznych i instrumentalnych fajerwerków, ale całość połączono tak zgrabnie, tak płynnie wszystko się przenika, że poszczególne elementy zazębiają się jak w szwajcarskich zegarku. Muzyka płynie wartko i jest jak żywe srebro, a wszystkie przejścia między poszczególnymi motywami i klimatami są odegrane z wielką lekkością. Choć muzycznych popisów jest dużo, to są one mimo wszystko utrzymane w ryzach oraz podporządkowane opowieści i zaaplikowane z wielkim wyczuciem. Przy tym - niezależnie od stopnia komplikacji rytmicznych czy ciężaru riffów, całość pozostaje bardzo przejrzysta i przykuwa uwagę, a melodie momentalnie zapadają w pamięć. Muzycy znakomicie współpracują, co słychać szczególnie dobrze w partiach instrumentalnych, których jest tutaj pełno - wszystkie powykręcane na siódmą stronę i wszystkie rozkładają na łopatki. Na szczególne wyróżnienie zasługuje Mike Portnoy, który ani na moment nie przestaje kombinować z rytmem, jest wszędzie i bębnie bardzo melodyjnie (nigdy tak bardzo pod tym względem nie zbliżył się do jednego ze swoich idoli - Neila Pearta); oraz Jordan Rudess, który w barwach DT nigdy nie był w lepszej formie. Wspomnieć trzeba też o stonowanym wokalu LaBrie, który bardzo dobrze odegrał role narratora i bohaterów. W sumie całość tworzy coś, co można określić mianem thrillera - wprawdzie bez wizji, ale za to z fenomenalną ścieżką dźwiękowo-wokalną, przy której 77 minut mija w mgnieniu oka i która porywa nawet po kilkuset przesłuchaniach.**
Najważniejsze momenty płyty to na pewno wybuchające przeszywającym riffem "Home" z genialną solówką Johna oraz mocno zakręcone instrumentale: "The Dance Of Eternity" oraz “Overture 1928”. Dalej melancholijne i zadumane "Spirit Carries On" z pięknym gitarowym solo, "Finally Free" z tkanym na gitarze wstępem i skrzypcami w tle oraz ilustracyjną partią instrumentalną; najagresywniejsze na płycie "Fatal Tragedy" oraz wręcz napastujące riffami i łomotem sekcji "Beyond This Life”***, ciekawie nasączone Zappą.
W sumie cieżko tu czegoś nie wymienić - album jest po prostu monolitem, gdzie każda cegiełka ma znaczenie, a wspomniane nagrania, to po prostu te, które szczególnie się wyróżniają.

* Dłuższe wyjaśnienia tu i tu.

** Zresztą porywa nie tylko słuchającego, ale także i sam zespół, co świetnie widać i słychać choćby na DVD “Scenes From New York”. Scena jest uboga, a efekty filmowe - żenujące, ale z taką werwą jak tutaj Dream Theater nie grali nigdy.

*** Genialną, blisko 20-minutową wersję tego nagrania można znaleźć na DVD “Live At Budokan" - rozdzielone na dwie części tu i tu.

Six Degrees Of Inner Turbulence
Skład: James LaBrie - wokal; John Petrucci - gitara; John Myung - bas; Mike Portnoy - perkusja; Jordan Rudess - instrumenty klawiszowe;
Rok wydania: 2002
Ocena: bardzo dobre; każdy powinien się zapoznać - 8/10

Dwupłytowe wydawnictwo składające się z pięciu regularnych, ale mocno rozbudowanych nagrań (nawet najkrótsze “Dissapear” trwa blisko 7 minut) oraz tytułowej suity, która trwa 42 minuty i zajmuje całą drugą płytę CD. Cechą charakterystyczną albumu jest bardziej przestrzenny sposób grania. Wyścigi instrumentów można tu czasem spotkać, ale generalnie muzycy zostawili sobie więcej miejsca - grają z większym rozmachem i mniej gęsto. Szczególnie wielkie pole do popisu ma tutaj John Petrucci, który zdominował długie fragmenty płyty. Dużo jest także agresji oraz partii niepokojących, co świetnie koresponduje z tekstami, które poruszają tematy tak poważne, jak alkoholizm, klonowanie czy wiara. W sumie pierwsza płyta była w momencie pojawienia się na rynku zdecydowanie najcięższym dokonaniem w historii zespołu (choć tym mianem nie cieszyła się długo) i tym mocniejszym kontrastem dla płyty drugiej. Suita to granie zdecydowanie lżejsze, utrzymane w rockowym klimacie, co przywołuje skojarzenia z “Falling Into Infinity” (choć kilka metalowych zaostrzeń się tu pojawia). Opowiada ona o sześciu osobach, które z różnych powodów przeżyły załamanie nerwowe i leczą się w zakładzie psychiatrycznym, i to zróżnicowanie klimatów wypadło tutaj bardzo wyraziście (muzyka jest wściekła, gdy mowa o wojennej traumie albo balladowo-wzruszająca, gdy matka wyraża swoją tęsknotę za córką).
Kluczowe nagrania to poszarpane, odegrane z piekielną wściekłością “Glass Prison", "Blind Faith" z pięknie pomrukującym basem Myunga i bardzo dynamiczną partią instrumentalną oraz niezwykle urokliwą fortepianową partią Rudessa. Do tego ciężkie i gęste “The Great Debate” (choć niepotrzebnie rdzeń nagrania obudowano blisko 5 minutami “gadulstwa”). Znakomicie rozwija się także "Misunderstood", szkoda tylko, że gdzieś w 2/3 czasu trwania zbyt mocno grzęźnie w psychodelicznym sosie. Jeśli chodzi o suitę, to nie można nie wskazać "Overture", które jest niesamowitą mieszanką metalowego młócenia z orkiestrowym rozmachem, progrockowego “About To Crash”, naładowanego smutkiem i melancholią “Goodnight Kiss” z przejmującą solówką Petrucciego oraz świetnego, podniosłego "The Grand Finale".

Train Of Though
Wykonawcy:      James LaBrie - wokal; John Petrucci - gitara; Jordan Rudess - instrumenty klawiszowe; John Myung - gitara basowa; Mike Portnoy - instrumenty perkusyjne
Rok wydania: 2003
Ocena: znakomite i rewelacyjne; trzeba to mieć - 9/10

Na płycie mamy siedem kawałków i aż 70 minut muzyki: trzyminutowy "Vacant" i ośmiominutowy "As I Am" to wyjątki - reszta numerów przekracza próg dziesięciu minut. Trochę jest na tej płycie z "Falling Into Infinity", odrobina ze "Scenes From A Memory", chwilami słychać starą, dobrą Metallikę. Płyta jest bardzo równa - odstaje tylko “Vacant” oraz fragmenty “This Dying Soul” oraz “Endless Sacrifice”. Patrząc całościowo - jest to najcięższy album zespołu - wystarczy posłuchać początkowego riffu w "In The Name Of God", gitarowego grzania w “Honor Thy Father”, instrumentalnej części "Endless Sacrifice" czy przesterowanych, drapieżnych wokaliz Jamesa. W porównaniu do poprzedniej płyty, "TOT" ma także zdecydowanie więcej dynamiki, a przy tym jest bardziej chwytliwa i porywająca. Bardzo nośnych melodyjnie wersów jest tu naprawdę sporo, podobnie co poniektóre partie gitar (motyw przewodni “Stream Of Counsciosness” choćby) oraz klawiszy momentalnie i na długo zapadają w pamięć. Jest to także album najbardziej stonowany pod względem technicznym w całej historii Dream Theater - nacisk położono bardziej ciężar i agresję, a gdzieniegdzie - na budowanie nastroju. Najbardziej słychać to w grze Jordana Rudessa, który jest tu mniej widoczny niż na poprzednich albumach; rzadziej wygrywa swoje opętańcze pasaże, a częściej prezentuje klawiszowe tła i subtelniejsze wtrącenia.
Key tracks to z pewnością bardzo agresywne “Honor Thy Father", okraszone znakomitym tekstem**, a w części instrumentalnej wypełnione postrzępioną gitarą. Do tego instrumentalne i mocno zakręcone "Stream Of Counsciosness", ocierające się o klimaty jazzowe oraz te znane z dokonań Liquid Tension Experiment; oraz majestatyczne, potężne i nastrojowe "In The Name Of God". Patrząc całościowo świetnie wrażenie robi także "Endless Sacrifice" z rozpędzająca się częścią instrumentalną (pomimo rozlazłych pierwszych zwrotek) oraz "This Dying Soul" z orientalizującym motywem gitarowym i instrumentalną nawałnicą na koniec (pomimo nieudanych metalcore’owych akcentów).

* Jeden z moich ulubionych fragmentów: "Expecting everyone to bow and kiss your feet Don't you see respect is not a one way street Blaming everyone for all that you've done wrong I'll get my peace of mind when you hear this song". True story, niestety.

wtorek, 1 października 2013

Treściwą serią po Riverside cz. 2 - recenzje płyt Anno Domini High Definition, Memories In My Head, Shrine Of New Generation Slaves

W świątyni hiperaktywności


Anno Domini High Definition
Skład: Mariusz Duda – wokal, bas, gitara akustyczna; Piotr Grudziński – gitara; Piotr Kozieradzki – perkusja; Michał Łapaj – instrumenty klawiszowe;
Rok wydania: 2009
Ocena: znakomite i rewelacyjne; trzeba to mieć - 9/10


Po zakończeniu trylogii, ta płyta otwiera nowy rozdział w historii Riverside. Mamy tu tylko 5 nagrań, ale że są one długie (3 numery powyżej 9 minut) to sama płyta trwa w sam raz - 44 minuty. Tym razem - po wyraźnym spadku formy na “REM” - znów udało się stworzyć świetne kompozycje - zróżnicowane, świetnie zaaranżowane, dynamicznie zmieniające się. Na płycie bardzo dużo się dzieje, jest gęsto, zmiany rytmiki następują szybciej, bardziej gwałtownie. Jest to także zdecydowanie najcięższa płyta zespołu, najmocniej skręcająca w stronę metalu progresywnego. Ale chociaż dużo jest tu mocnych i ostrych brzmień gitarowych, to nie zapomniano o równowadze - są świetne melodie, a forma wokalna Mariusza także jest wysoka. W kapitalnej wręcz dyspozycji jest też Michał Łapaj - na płycie jest mnóstwo porywających partii klawiszy (w tym momentami wręcz genialne dźwięki Hammonda), a także sporo wstawek elektronicznych.
Żywiołowe "Egoist Hedonist" z kapitalnymi ozdobnikami trąbki, saksofonu i puzonu - jak dla mnie to jest najlepszy numer w karierze Riverside, o włos przed “SLS”. Kapitalnie "uklawiszowione" "Left Out" z rozbudowaną, gitarowo-klawiszową partią instrumentalną oraz zadziorne, ostre "Hybrid Times", znów z kapitalnymi klawiszami oraz elektroniczną końcówką.


Memories In My Head (minialbum)
Skład: Mariusz Duda – wokal, bas, gitara akustyczna; Piotr Grudziński – gitara; Piotr Kozieradzki – perkusja; Michał Łapaj – instrumenty klawiszowe;
Rok wydania: 2011
Ocena: jest lepiej niż dobrze, ale jeszcze nie bardzo dobrze - 7/10


Minialbum z raptem trzema kawałkami, ale że ich długość jak najbardziej trzyma standardy progresywnego grania, to w sumie otrzymaliśmy ponad 32 minuty muzyki. Po kilku coraz ostrzejszych płytach, tutaj mamy woltę i powrót do klimatów znanych z debiutu i takich numerów jak “The Same River", "In Two Minds" czy "Out Of Myself". O ostrych brzmieniach w stylu "ADHD" można tutaj zapomnieć - jest za to dużo stonowanych, płynących dźwięków, którymi wypełnione są szczególnie początki wszystkich trzech nagrań. Nie ma tu wielu popisów instrumentalnych (raptem kilka zagrywek Piotra Grudzińskiego), a poza paroma bardziej rockowymi minutami w “Living In The Past” nie ma również fragmentów ostrzejszych.
Najlepsze na płycie jest zdecydowanie "Living In The Past" ze swoim hipnotyzującym rytmem oraz świetnym kontrastem między ostrymi gitarami i deklamacją Dudy. "Goodbye Sweet Innocence" jest trochę słabsze, ale nadal dobre, szczególnie w części instrumentalnej z lekko psychodelicznym brzmieniem klawiszy oraz gitarowymi wygibasami.


Shrine Of New Generation Slaves
Skład: Mariusz Duda – wokal, bas, gitara akustyczna; Piotr Grudziński – gitara; Piotr Kozieradzki – perkusja; Michał Łapaj – instrumenty klawiszowe;
Rok wydania: 2013
Ocena: bardzo dobre; każdy powinien się zapoznać - 8/10


Nagrania są krótsze, mniej rozbudowane, poza numerem siódmym nie są tak wielowątkowe jak na “ADHD” czy “MIMH”. Zamiast tego mamy zestaw kawałków bardzo przemyślanych i różniących się pomiędzy sobą. Jest i spokojnie, balladowo, są rockowe riffy i młócenie, jest ambientowo, jak i klimatycznie w stylu Pink Floyd (nagrania z bonusowego CD). Michał Łapaj, jak złapał formę na poprzednim długograju, tak tu nie odpuszcza - w kilku numerach wymiata wręcz kapitalnie, nadal bardzo chętnie sięgając po brzmienie Hammonda. Zrezygnowano z mocniejszego, metalowego grania - znacznie więcej jest klimatu i przestrzeni, co mocno kojarzy się z debiutem. Album na pewno nie jest przełomowy, ale jego "słuchalność" (analogicznie do grywalności gier komputerowych, gdzie czasem pewne elementy kuleją, ale produkcja wciąga bez reszty) jest bardzo wysoka - płyta "wchodzi" do głowy bardzo szybko, a jednocześnie smaczków jest na tyle dużo, że kolejne odsłuchy także są przyjemnością. Elektroniki bardzo mało na regularnym CD, w dużej ilości pojawia się za to na bonusowym krążku.
Blisko 13-minutowy, stonowany "Escalator Shrine" z charakterystycznym motywem przewodnim, przecięte dynamiczną Hammondowo-klawiszową jazdą. Rozmarzone "The Depth Of Self-Delusion" z mocnymi partiami basu. Żywe, mocno rockowe "Celebrity Touch" z fajnymi gitarami oraz ostre "Feel Like Falling". Bardzo ciekawe nagrania bonusowe - ponad 10-minutowe, instrumentalne, bardzo nastrojowe, ambientowe "Night Session - Part One" oraz "Night Session - Part Two" ze świetnymi partiami saxu oraz pełgającą gitarą.

piątek, 27 września 2013

Treściwą serią po Riverside cz. 1 - recenzje płyt Out Of Myself, Voices In My Head, Second Life Syndrome, Rapid Eye Movement

Sen na jawie


Riverside to jeden z najciekawszych polskich zespołów, który coraz skuteczniej daje o sobie znać również za granicą. Dowodem na to może być choćby nominacja do Prog Rock Awards 2013 (jako pierwszy polski zespół), pozytywne i bardzo pozytywne recenzje zagraniczne oraz oceny na stronach związanych z progresywnym graniem (choćby progarchives.com - “Second Life Syndrome” jest na 53 miejscu płyt wszechczasów - przed choćby “Blackwater Park” Opeth, “The Snow Goose” Camel czy “Lateralus” Tool). Ten rok przyniósł nowy album zespołu, który odniósł duży sukces (złota płyta po trzech tygodniach od ukazania się na rynku), ale zanim o nim, to najpierw słów kilka o wcześniejszych dokonaniach zespołu.


Out Of Myself
Skład: Mariusz Duda – wokal, bas, gitara akustyczna; Piotr Grudziński – gitara; Piotr Kozieradzki – perkusja; Jacek Melnicki – instrumenty klawiszowe;
Rok wydania: 2003
Ocena: bardzo dobre; każdy powinien się zapoznać - 8/10


Bardzo udany debiut. Art rock w wersji mocno rozmarzonej, choć w paru miejscach pojawiają się także odpowiednio zadziorniejsze riffy lub solówki. Do wokalu Mariusza Dudy trzeba się przyzwyczaić, ale po “obsłuchaniu” się - robi świetne wrażenie, a przede wszystkim bardzo dobrze komponuje się z muzyką. Zresztą partii wokalnych jest tu stosunkowo niedużo, bo i tak obszerne fragmenty płyty to granie czysto instrumentalne. Melodie nie są specjalnie chwytliwe - nacisk położono zdecydowanie na klimat - stąd mnóstwo stonowanych, snujących się dźwięków. Bardzo dużo jest tu nastrojowych klawiszy, wywołujących mocne skojarzenia z Pink Floyd czy Anathemą; sporo jest również elektroniki.
Najlepszy numer to bardzo nastrojowe, 12-minutowe "The Same River" z charakterystycznym pulsującym motywem. Do tego ostre, instrumentalne "Reality Dream", mocno gitarowe "Reality Dream II”, przechodzące od delikatności do zadziorności "The Curtain Falls" oraz "Loose Heart" ze świetną gitarą.


Voices In My Head (minialbum)
Skład: Mariusz Duda – wokal, bas, gitara akustyczna; Piotr Grudziński – gitara; Piotr Kozieradzki – perkusja; Michał Łapaj – instrumenty klawiszowe;
Rok wydania: 2005
Ocena: po prostu dobra płyta - 6/10


Minialbum z trzema utworami z "Out Of Myself" w wersji live oraz pięcioma nowymi nagraniami. Nagrania live odegrane są po prostu solidnie. Co do nowych kawałków to są one jeszcze bardziej spokojne i nastrojowe niż na debiucie oraz jeszcze mocniej "uklawiszowione" - przy czym poza klawiszowymi tłami, dużo jest tu także fortepianowych dźwięków. Mamy też nieco akustycznych brzmień, a z kolei klimatów rockowo-metalowych praktycznie tutaj nie ma - gitary odzywają tylko kilka razy i z dużą nieśmiałością.
Najciekawsze są lekko "odjechane" "Dna ts. Rednum or F. Raf" z "opethującą" gitarą oraz "Acronym Love" z pięknym pianinem.


Second Life Syndrome
Skład: Mariusz Duda – wokal, bas, gitara akustyczna; Piotr Grudziński – gitara; Piotr Kozieradzki – perkusja; Michał Łapaj – instrumenty klawiszowe;
Rok wydania: 2005
Ocena: znakomite i rewelacyjne; trzeba to mieć - 9/10


Drugi album zespołu przynosi dość mocną zmianę w brzmieniu - jest to bowiem bardzo zgrabny miks artrocka z metalem progresywnym. Chociaż płyta zachowuje specyficzny, riverside’owski klimat i nadal sporo jest spokojniejszych partii, to muzycznego snucia się jest tu znacznie mniej, podobnie znacznie zmniejszył się udział klawiszy, które tutaj “robią” głównie subtelne tła. Hojnie natomiast obsypano muzykę mocniejszymi akcentami, głównie w postaci gitarowych riffów, bo solówki nadal raczej są budowane dość spokojnie. Mariusz Duda poza typowymi dla siebie wokalizami, dorzucił sporo wrzasków i mocniejszych wydarć, co razem bardzo dobrze współgra (choć mocy chwilami nieco brakuje). Znacznie lepsze, a momentami wręcz znakomite są melodie; mamy też mocniejszy i bardziej wyrazisty bas, a także więcej szybszych temp. Wszystko bardziej dopracowane i świetnie zaaranżowane, zespół o wiele lepiej operuje dynamiką, a w nagraniach znacznie więcej się dzieje.
Zabójcza suita tytułowa z pinkfloydowskim otwarciem, zadziorne i zamotane "Volte-Face", instrumentalne "Reality Dream III" przechodzące od ultraciężkich riffów do klimatów. Słodka, ale nie przesłodzona ballada "Conceiving You" ze świetnym pianinem oraz mroczne i niepokojące, nieco tool'owate w duchu "Dance With The Shadow".


Rapid Eye Movement
Skład: Mariusz Duda – wokal, bas, gitara akustyczna; Piotr Grudziński – gitara; Piotr Kozieradzki – perkusja; Michał Łapaj – instrumenty klawiszowe;
Rok wydania: 2007
Ocena: poprawnie, ale przeciętnie; można posłuchać - 5/10


Stylistycznie bez specjalnych zmian w stosunku do "SLS", ale niestety poziom nagrań jest zdecydowanie słabszy. Nagrania są mało wyraziste, nie przykuwają uwagi, brakuje znakomitych melodii z poprzedniczki. To nadal jest niezła płyta, ale z trylogii zdecydowanie najsłabsza. Mniej dynamiki, znacznie mniej się dzieje, numery dość jednorodne. Słabe, pozbawione mocy, płaskie wokale. Ciężko oprzeć się wrażeniu, że na znaczną część płyty po prostu brakło pomysłów - wszystko jest tu niby poprawne, ale kompletnie brakuje błysku.
Najlepsze na płycie jest 13-minutowe “Ultimate Trip”, pełne zmian tempa i świetnych pomysłów - to godny następca "SLS" (w sensie nagrania, nie płyty). Zadziorne "Cybernetic Pillow" ze świetnym riffem oraz wypełnione transowym rytmem elektroniki "02 Panic Room" (pomimo tego, że koniec jest dziwnie urwany, co sprawia, że nagranie wygląda na niedokończone).

piątek, 17 sierpnia 2012

Dream Theater “Falling Into Infinity”

Deszcz w piekielnej kuchni

“Falling Into Infinity” to płyta, przy nagrywaniu której mocno dała się we znaki wytwórnia. Już przy okazji “Awake” były spore naciski na stworzenie bardziej przystępnego albumu, ale tam zespół nie dał na siebie jakoś specjalnie wpłynąć. Tutaj nie do końca udało się wybronić - oczywiście nie jest to płyta nagrana całkowicie pod dyktando EastWest, ale bezwzględnie słychać, że rządzą tu inne klimaty niż choćby na wydawnictwach sąsiadujących, czyli “Awake” (“ACOS” jest specyficzne, więc nie biorę go pod uwagę) oraz “Scenes From A Memory”.
Dream Theater pokazują tutaj swoje łagodniejsze i spokojniejsze oblicze, sięgając po klimaty rockowe i progresywno rockowe, zamiast progmetalowego łojenia. Mamy stonowane, radio-friendly ballady, mamy numer, który współtworzył Desmond Child, a nawet w dwóch najdłuższych kompozycjach mamy bardzo obszerne, klimatyczne zwolnienia. Całość jest odgrywana wolniej, bez takiej ilości zmian tempa, bez tylu nagłych przeskoków w klimacie i rytmie, wszystko rozwija się naturalnie, można powiedzieć, że etapami, a co za tym idzie także bardziej przewidywalnie (co nie jest tu jakimś specjalnym zarzutem). Jednocześnie jest to bodaj najbardziej klawiszowa płyta DT - to, że klawiszy jest dużo, to akurat dla zespołu jest normalne, ale ich wpływ na końcowe brzmienie płyty wydaje się większy niż zwykle. Na “FII” klawisze po prostu podporządkowują sobie znaczne fragmenty nagrań, Derek gra bardzo wyraziście, mnóstwo jest mocnych teł, bardzo dużo jest niskich, gęstych dźwięków, niemal kompletnie zniknęły natomiast szybkie pasaże. W bardzo wielu momentach to właśnie klawisze tutaj “rządzą”, to one najmocniej naznaczają brzmienie utworów, bo nawet gdy grają razem z gitarą, to bardzo często wydają się instrumentem “ważniejszym”, a nie “pomocniczym”. Skoro o gitarze mowa, to Petrucci nieco spuścił z tonu i gra tutaj zdecydowanie mniej technicznie (tzn. jak na swoje standardy), z mniejszym natężeniem i intensywnością. Częściej sięga po dłuższe dźwięki, które dodają przestrzeni i rozmachu, co najlepiej słychać w najdłuższych, ponad 10-minutowych nagraniach. Jego gra może się tu momentami kojarzyć czy to z Davidem Gilmourem czy Andrew Latimerem. Para uszła także nieco z Portnoy’a, co z kolei ułatwiło przebicie się Myungowi, który daje o sobie mocno znać czy to na basie, czy na Chapman Stick.
Wszystko to sprawiło, że płyta mocno wyróżnia się na tle innych dokonań zespołu, będąc całościowo dziełem bardzo dobrym, ale nierównym. Utwory znakomite występują tu w liczbie trzech. Pierwszy to “Trial Of Tears” z rozbudowanym, relaksującym wstępem z migoczącymi klawiszami i snującą się od niechcenia gitarą i przepiękną środkową partią instrumentalną. Drugi to “Lines In The Sand” z jeszcze dłuższym, bo prawie 3-minutowym, wolno rozkręcającym się otwarciem, które potem przechodzi w rytmiczne, pełne werwy i życia granie, a wszystko to okraszone jest powalającą, “śpiewającą” solówką Petrucciego. Trzeci to “New Millenium” - nagranie bardzo niepokojące, klimatyczne, podlane gęsto-depresyjnym sosem, ze świetnym wokalem LaBrie i tekstem (How can you keep your head / And not go insane when the only light at the end / Of the tunnel is another train), bez indywidualnych popisów, za to ze świetną współpracą wszystkich muzyków.
Druga grupa to nagrania nieco słabsze od wyżej wymienionych, ale nadal bardzo dobre. A więc instrumentalne “Hell’s Kitchen”, “Peruvian Skies” - mroczna i subtelna ballada, “przełamana” ciężką i ostrą częścią instrumentalną oraz subtelne i delikatne “Anna Lee”, gdzie główne role grają wokal oraz klawisze.
Pozostałe pięć numerów prezentuje już nieco niższy poziom - dwie klasyczne rockowe ballady z ładnymi melodiami (“Take Away My Pain” oraz “Hollow Years”) są udane, choć nie powalające. Podobnie jak trzy ostrzejsze nagrania, którym trochę brakuje lekkości, energii i dynamiki. Wśród nich stosunkowo najlepiej broni się  “Let Me Breathe”, nieco gorzej jest z “You Not Me”, a najsłabszy punkt płyty to “Burning My Soul”, który sprawia wrażenie wymuszonego.
W sumie płyta na pewno specyficzna w dyskografii zespołu, ale jak najbardziej godna uwagi. Szczególnie spodobać się powinna tym, którzy niekoniecznie gustują w mocnym łojeniu, a cenią sobie lżejsze, rockowe klimaty - dla nich “Falling Into Infinity” to idealny sposób, aby zapoznać się z zespołem.

Ocena: 8