Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Black Sabbath. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Black Sabbath. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 listopada 2013

Treściwą serią po Black Sabbath cz. 8 - recenzja płyty 13

13
Skład: Ozzy Osbourne – wokal; Tony Iommi – gitara; Geezer Butler – bas; muzyk sesyjny: Brad Wilk – perkusja;
Rok wydania: 2013
Ocena: bardzo dobre; każdy powinien się zapoznać - 8/10

W składzie niemal klasycznym (brakuje tylko Warda) zespół funduje nam do bólu klasyczną w brzmieniu płytę. Takich riffów jak na “13” Iommi nie grał od bardzo dawna - jest potwornie ciężko, wolno, mrocznie i chropowato. Sporo jest także ciekawego “mielenia” - dość surowego i rozimprowizowanego, co kojarzy się z debiutancką płytą zespołu (“Damaged Soul”, “End Of The Beginning”, “Age Of Reason”). Ozzy także jest w wysokiej formie, łapie wszystkie górki i doły, w porównaniu z klasycznymi pozycjami kapeli śpiewa jednak nieco dynamiczniej, brzmiąc podobnie, jak na swoich solowych albumach. Bas jest, jak na Butlera, raczej słabo słyszalny - gra on głównie “zgodnie” z perkusją i ciężko się doszukać jakiś bardziej wyrazistych smaczków. Nie zmienia to faktu, że razem z Wilkiem grają solidnie i na dobrym poziomie. Album ma odpowiednią moc oraz energię i te kilkadziesiąt minut muzyki, to swego rodzaju wehikuł czasu, dzięki któremu można się przenieść 40 lat wstecz. Jest to świetne uczucie i głównie ono sprawia, że pierwsze dwa-trzy odsłuchy “13” są wręcz zachwycające.
Potem niestety pojawiają się pierwszy rysy. Przede wszystkim zbyt mało jest tu zabawy z tempem, a te przyspieszenia, które się od czasu do czasu pojawiają, są mało zaskakujące (pojawiają się dokładnie tam, gdzie można się ich spodziewać). Nieco do życzenia pozostawia także melodyka linii wokalnych, a choć trudno niby zarzucić zespołowi wtórność (skoro w swoim czasie zdefiniowali ciężkie granie), to jednak momentami zbyt mocno cytują oni tutaj samych siebie (“End Of The Beginning”, “Zeitgeist” czy “Damaged Soul” to wszystko numery co najmniej na poziomie, ale ciężko się uwolnić od bardzo mocnych skojarzeń z - odpowiednio - “Black Sabbath”, “Planet Caravan” oraz “Warning”). Trzeba też zwrócić uwagę na to, że regularna wersja “13” wypada znacząco słabiej od wersji Deluxe. Na dodatkowej płycie można znaleźć trzy nagrania, zdecydowanie szybsze, bardziej kanciaste, brzmiące bardziej nowocześnie, momentami wręcz brutalnie (czyżby wpływy Brada Wilka?). Szkoda, że nie zmieszano tych kawałków z regularnymi (w sumie byłoby to raptem 69 minut muzyki), ewentualnie - nie dokonano innych wyborów (trzy nagrania bonusowe zamiast “Zeitgeist” oraz “Loner”). Wprawdzie pomimo tych uwag, “13” nadal pozostaje albumem bardzo dobrym, ale wrażenie niedosytu pozostaje.
Zdecydowanie najlepsze na płycie jest mocno depresyjne, nasączone przybrudzoną psychodelią “Damaged Soul” z niesamowitym, pozakręcanym w hendrixowskim stylu, riffem i surowymi, rozbudowanymi wycinankami Iommiego oraz stoner rockowe “Pariah” z zabójczym riffemm, najlepszą na płycie melodią i solówką Iommiego. Do tego wolne i mroczne “End Of The Beginning” ze świetnym przyspieszeniem, “Age Of Reason” z ciekawymi rozwiązaniami rytmicznymi i gitarową jazdą oraz mocarne “God Is Dead?”.

czwartek, 31 października 2013

Treściwą serią po Black Sabbath cz. 7 - recenzje płyt Dehumanizer, Cross Purposes oraz Forbidden

Dehumanizer
Skład: Ronnie James Dio – wokal; Tony Iommi – gitara; Geezer Butler – bas; Vinny Appice – perkusja;
Rok wydania: 1992
Ocena: jest lepiej niż dobrze, ale jeszcze nie bardzo dobrze - 7/10

Powrót Dio, Butlera oraz Appice’a - w sumie melduje się więc skład znany z “Mob Rules”. Muzyka jest ostra, zadziorna, dużo jest chropowatości i motoryki, choć kilka mrocznych i cięższych, bardziej osadzonych momentów też jest. Całość brzmi nowocześnie, a czasami jest także mocno - zgodnie z tytułem płyty - "odhumanizowana" (wystarczy posłuchać mechanicznych riffów w "Buried Alive", "Sins Of The Father" czy "Time Machine"). Swoje zrobiło także zrezygnowanie z klawiszy. Kojarzyć się to może z Judas Priest z czasów “Painkillera” czy też “Jugulator”, również przez wokal Dio, który brzmi tutaj podobnie do Martina - jego wokal jest ostry, ma dużo dynamiki, a fragmenty wolniejsze, wyśpiewywane bardziej majestatycznie niemal się nie pojawiają. Powrót Butlera słychać od razu, bo pojawia się mnóstwo basowych smaczków (“Computer God”, “Master Of Insanity”). Riffy nie są megaciężkie, za to dużo jest szybszych zawijasów i solówek, które też przypominają nieco popisy duetu Tipton/Downing. Płyta jest bardzo równa - nie ma tu wypełniaczy, ale brak też nagrań wybitnych - choć dwa świetne są. Jedna z nielicznych płyt bez instrumentalnego kawałka.
"Computer God" z kapitalnymi basowymi smaczkami i zmianami tempa w drugiej połowie (akustyczne zwolnienie i rozpędzona solówka). Świetnie poprowadzone od mrocznego wstępu, przez miarową zwrotkę, aż po chwytliwy refren "After All (The Dead)" ze świetnie "mielącymi" podkładami Iommiego. Zadziorne jak diabli, zbudowane na mechanicznym riffie "Sins Of The Father" oraz chropowate “I" z bluesrockowymi zwolnieniami.

Cross Purposes
Skład: Tony Martin – wokal; Tony Iommi – gitara; Geezer Butler – bas; Bobby Rondinelli – perkusja; Geoff Nicholls – instrumenty klawiszowe;
Rok wydania: 1994
Ocena: jest lepiej niż dobrze, ale jeszcze nie bardzo dobrze - 7/10

Ciekawy, zróżnicowany, ale dość nierówny album. Ogólnie dużo jest podobieństw do poprzedniej płyty. Klimaty mroczne i ciężkie dalej są tutaj w niełasce, dominuje za to mocno rockowy, zadziorny wydźwięk (“Back To Eden” czy “Psychophobia”, która brzmi jak Bon Jovi z mocniejszą gitarą). Nadal dużo partii szybkich i rozpędzonych, podobnie w wokalu (znów Tony Martin za mikrofonem - po “Headless Cross” to najlepsza jego płyta) rządzi zadziorność i dynamika. Muzyka sprawia solidne wrażenie, ale błysku tutaj za wiele nie uświadczymy - brakuje zarówno zapadających w pamięć melodii, jak i partii gitarowych. Żaden riff czy solówka nie przewraca tutaj na łopatki (najlepsze solo, wściekłe i rozpędzone, jest w “Immaculate Deception”). Fajnie pogrywa bas (dużo szybkich partii choćby w “Immaculate Deception” czy”I Witness”; świetnie współbrzmi z klawiszami w “Cardinal Sin”), perkusja dość wycofana. Sporo klawiszy i są momenty, gdy mają bardzo dużo "do powiedzenia" - w karierze BS cieżko znaleźć takie fragmenty, jak mocne tła w "Immaculate Deception" oraz “Cross Of Thorns” czy orkiestrowe wstawki w "Cardinal Sin". Wpadką jest mroczny “na siłę” "Virtual Death", rozwleczone “Back To Eden” czy nieudana, mdława ballada "Dying For Love" (choć bluesujący wstęp jest fajny).
Po stronie plusów trzeba zapisać "rozsynchronizowane", klimatyczne, ale świetnie przełamywane przyspieszeniami "Immaculate Deception" oraz "Cardinal Sin" z ciekawymi zmianami rytmu, orkiestrowymi akcentami i momentami świetnym basem. Do tego "Evil Eye" ze świetną gitarową i basową partią instrumentalną w środku, a na koniec gitarowo-wokalną "kłótnią", dynamiczne "I Witnes" z szybkim, zapętlonym riffem oraz chwytliwa powerballada "Cross Of Thorns".

Forbidden
Skład: Tony Martin – wokal; Tony Iommi – gitara; Geoff Nicholls – instrumenty klawiszowe; Neil Murray – bas; Cozy Powell – perkusja;
Rok wydania: 1995
Ocena: poprawnie, ale przeciętnie; można posłuchać - 5/10

Jedno ze słabszych dokonań zespołu. Płyta jest pozbawiona ikry i pazura, brzmi jakby była nagrana na siłę, na “odczepnego”, większość nagrań pozbawiona jest jakichkolwiek ciekawych urozmaiceń. Stylistycznie nadal jest to granie na pograniczu rocka i metalu. Album zaczyna najgorszy numer w historii Sabbsów, czyli "Illusion Of Power" - nudne, mdłe i mordujące fatalnym wręcz wokalem. Zresztą w ogóle ten album wokalnie jest bardzo słaby - melodie są kompletnie pozbawione życia, a kolejne wersy wyśpiewywane są strasznie siłowo. Potem jest już lepiej, ale niewiele, bo to, co tutaj najciekawsze, można określić zaledwie mianem dobrego. Gitara jest w porządku, choć nie ma tu zbyt wielu godnych zapamiętania riffów, a solówek jest w sumie ze cztery i wszystkie przeciętnej jakości. Mocno uwypuklona jest sekcja - perkusja wali konkretnie, choć bez polotu, a bas, pomimo, że chwilami buczy bardzo przyjemnie, to brakuje mu zwykłej sprężystości. Nichols niby formalnie tutaj jest, ale jego pogrywania są praktycznie niesłyszalne. Do tego dochodzi niewyraźna produkcja, przez którą muzyka straciła przejrzystość i stała się “zaśmiecona”.
Jedyne jaśniejsze punkty to power ballada "I Won't Cry For You", niepokojące "Kiss Of Death" oraz zadziorne, kojarzące się nieco z Fates Warning "Can't Get Close Enough".

piątek, 25 października 2013

Treściwą serią po Black Sabbath cz. 6 - recenzje płyt The Eternal Idol, Headless Cross oraz Tyr

The Eternal Idol
Skład: Tony Martin – wokal; Tony Iommi – gitara; Geoff Nicholls – instrumenty klawiszowe; Bob Daisley – bas; Eric Singer – perkusja; Bev Bevan – perkusja;
Rok wydania: 1987
Ocena: poprawnie, ale przeciętnie; można posłuchać - 5/10

Po stylistyczno-wokalnych wycieczkach, które zespół uskuteczniał na “Born Again” oraz “Seventh Star”, kapela wraca tu do bardziej typowego dla siebie brzmienia. Riffy są zdecydowanie cięższe niż na wyżej wymienionych płytach, choć jednocześnie z pewnością lżejsze niż w czasach Dio i Ozzy’ego. Trochę zadziorności jest, momentami mamy też bardzo miłe dla ucha “walcowanie”, ale ogólnie Iommi gra lżej i szybciej (niemal skoczny motyw w “Nightmare”), a całość momentami ma mocno rockowy sznyt. Niestety, niewiele jest tu ciekawych gitarowo fragmentów (solo i riff w “Ancient Warrior”, riff w “Born To Lose”), solówki są mało wyraziste, a samo brzmienie gitary - nieco przytłumione. Sekcja łupie w stylu Warda i Butlera, co daje niezły kręgosłup dla nagrań, ale zbyt wiele finezji tu nie uświadczymy. Szczególnie tyczy to perkusji, która tłucze cały czas jedno i to samo tempo, a i bas nie jest wiele lepszy. Dokładając do tego suche, pozbawione krwistości brzmienie, mamy efekt zdecydowanie przeciętny. Wyczyny nowego człowieka za mikrofonem - Tony’ego Martina - mocno kojarzą się z Dio (z malutkim dodatkiem Coverdale’a). Wprawdzie barwa jest nieco inna, a w szybszych partiach Martin śpiewa bardziej dynamicznie i częściej sięga po wyższe rejestry, ale sposób śpiewania i budowania melodii jest bardzo podobny do Ronniego Jamesa, zwłaszcza w wolniejszych partiach. Całościowo jest to granie poprawne, ale nic więcej. Mamy kilka wypełniaczy, a chociaż nagrania nie są niby krótkie (większość ma 5-6 minut), to niewiele się w nich dzieje, brakuje kombinowania i zaskakujących rozwiązań.
Raptem dwa nagrania zasługują na większą uwagę: majestatyczne "Shining" ma klimat, zadziorność i bardzo dobrą melodię, a "Ancient Warrior" - ciekawe orientalne akcenty, zakręcony riff i dobry refren (szkoda, że zwrotki jakieś takie chaotyczne).

Headless Cross
Skład: Tony Martin – wokal; Tony Iommi – gitara; Geoff Nicholls – instrumenty klawiszowe; Laurence Cottle – bas; Cozy Powell – perkusja; gościnnie: Brian May (solo w "When Death Calls");
Rok wydania: 1989
Ocena: znakomite i rewelacyjne; trzeba to mieć - 9/10

Album jest zdecydowaniem najlepszym dziełem zespołu od czasu "Heaven And Hell" i do dnia dzisiejszego nic lepszego nie nagrali. Jest to także bez dwóch zdań najlepsza płyta z Tonym Martinem na wokalu, który ma tutaj o wiele więcej pewności siebie niż na poprzedniej płycie i śpiewa wręcz znakomicie. Często bardzo skutecznie i z wyczuciem atakuje wysokie rejestry, brzmi ostro, zdecydowanie, a jego wokal ma bardzo intrygujący, specyficzny “metaliczny” posmak. Także riffy są tu świetne - zdecydowanie najcięższe, najbardziej konkretne i najciekawsze melodyjnie od czasów “Mob Rules”. Brzmią ostro, są żylaste i mają odpowiedni ciężar. Podobnie dużo się  dzieje w partiach instrumentalnych - Tony pokazuje, że nadal ma ogień w paluchach i wygrywa tu naprawdę kapitalne, szybkie i zapętlone rzeczy. Perkusja również jest zdecydowanie bardziej urozmaicona, tak samo jak gra basisty, choć nadal nie jest on specjalnie mocno słyszalny. W sumie płyta jest krótka, ale nagrania są dość rozbudowane i zgrabnie zaaranżowane, przykuwają uwagę zastosowanymi rozwiązaniami oraz swoim zróżnicowaniem. Sporo jest tu mrocznych i niepokojących partii (ciekawe sączące się klawisze), są nagrania majestatyczne (“Headless Cross”, “When Death Calls” oraz “Nightwing”), ale są też szybsze, bardziej rytmiczne numery - jak luźniejsze, nieco rozbujane “Black Moon” czy zalatujące bardziej przebojowym, hardrockowym graniem “Kill In The Spirit World“ oraz “Call Of The Wind“. A wszystko naprawdę na bardzo wysokim poziomie.
Świetne są wszystkie trzy, bardziej rozbudowane nagrania - wszystkie intensywne i energetyczne (niesamowity power w refrenach w “When Death Calls” czy “Headless Cross”). Przesączone mrokiem "When Death Calls", to jedno z najbardziej niepokojących nagrań Black Sabbath i jednocześnie najlepszy numer od czasów “Heaven And Hell”. Rewelacyjne są także "Headless Cross" z kapitalnymi riffami i subtelną, klawiszową otoczką oraz “Nightwing”. Do tego dynamiczne "Devil & Daughter" oraz chwytliwe, whitesnake’owe w klimacie “Kill In The Spirit World”.

Tyr
Skład: Tony Martin – wokal; Tony Iommi – gitara; Geoff Nicholls – instrumenty klawiszowe; Neil Murray – bas; Cozy Powell – perkusja;
Rok wydania: 1990
Ocena: poprawnie, ale przeciętnie; można posłuchać - 5/10

Jedna ze słabszych płyt zespołu, szczególnie druga część albumu jest zagracona wypełniaczami. Jako całość cierpi na brak mocy, jest okrojona z agresji i energii. Jest też bardzo słaba melodyjnie - poza “Anno Mundi” i “The Sabbath Stones” nie ma tutaj kompletnie fragmentów przykuwających uwagę, a niektóre numery brzmią wręcz banalnie i plastikowo ("Jerusalem"). Nie ma też zbyt wiele ciężaru - numery są albo wolne i stonowane, albo dość dynamiczne, ale pozbawione miazgi. Album znów jest nieco bardziej wyluzowany, gitara gra lżej i niestety - mało wyraziście (choć momenty są - np. podkłady w zwrotkach "Jerusalem” czy gitarowe zakrętasy na początku "Feels Good To Me"). Wokal też mniej przekonujący - nie ma w głosie Martina tej pewności siebie, co na “Headless Cross” - nie wchodzi tu we "wrzaski", które dobrze mu wychodziły i zaostrzały brzmienie. Powell też się chyba nudzi, odgrywając to swoje jednostajne, miarowe, mało zdecydowanie łupanie. Po stronie plusów można zapisać kilka fajnych zagrywek Nicholsa, ale ogólnie rzecz biorąc od wielu numerów wieje tutaj nudą (słabiutkie i smętne, akustyczne "Odin's Court", pozbawione wyrazu “Feels Good To Me”). Mamy tu także jeden z najgorszych instrumentalnych momentów w historii Sabbsów, czyli pozbawiony wyrazu "The Battle Of Tyr" - pytanie, gdzie tu jest ta “bitwa”, skoro ani to podniosłe, ani dynamiczne, ani agresywne.
Jedyne jasne punkty to "Anno Mundi" z ciekawymi i zaskakującymi partiami chóru, organowymi klawiszami, najciekawszą melodyką i odpowiednią dawką energii (wielka szkoda, że na reszcie płyty nie sięgnięto bardziej konsekwentnie po rozwiązania z tego nagrania - szczególnie chóry i klawisze mogłyby mocniej i ciekawiej nasączyć album klimatem skandynawskiej mitologii) oraz brzmiące klasycznie po sabbathowsku "The Sabbath Stones”, utrzymane w wolnym tempie, z akustycznym zwolnieniem (wreszcie fajne partie basu).

piątek, 18 października 2013

Treściwą serią po Black Sabbath cz. 5 - recenzje płyt Born Again oraz Seventh Star

Born Again
Skład: Ian Gillan – wokal; Tony Iommi – gitara; Geezer Butler – bas; Bill Ward – perkusja;
Rok wydania: 1983
Ocena: słabe, nudne, nieciekawe; zero przyjemności z odsłuchu - 3/10

To miał być projekt Iommiego i Gillana, ale ze względów marketingowych zostało to przebrandowane na następną płytę Sabbathów. To, że w efekcie powstał twór, który zupełnie nie brzmi jak Black Sabbath to jeszcze pół biedy. Najgorsze jest to, że płyta jest po prostu mierna i nieciekawa. Podstawową sprawą jest to, że mocno blues/hardrockowy głos Gillana gryzie się z muzyką - jest za mało skupiony, a zbyt wyluzowany, a dodatkowo z uporem maniaka włazi na wysokie rejestry. “Górki” te są w zdecydowanej większości nietrafione, odśpiewywane bez przygotowania i z zaskoczenia (krzyki w “Thrashed” czy też w nagraniu tytułowym, choć trzeba przyznać, że ten ostatni numer to - patrząc całościowo - najlepiej odśpiewany kawałek) - czasami brzmi to jak jakaś przedziwna parodia powermetalu. W Purplach Gillan nigdy tak nie piał, więc zagadką jest skąd tutaj taka maniera, tym bardziej, że słychać także, że wszystkie te popisy kosztują go sporo wysiłku. Do poziomu dostosował się również Tony, który serwuje nam tutaj najgorsze riffy w historii zespołu - "odbębnione", odegrane byle jak, aby tylko jak najszybciej mieć je za sobą. Nie ma tu za grosz polotu - jest rzemieślnicze, mechaniczne odgrywanie, jakieś takie skrzecząco-męczące czasami (choćby w “Thrashed”, zamiast skupić się na ciekawych motywach, to mamy kombinowanie na siłę - brzmi to ostro, ale zupełnie bez emocji), a gdzie indziej znów gitara chowa się gdzieś po kątach (w “Zero The Hero” pojawia się kilka naprawdę dobrych zagrywek Iommiego, ale co z tego, skoro wszystko przysłania wysunięta na pierwszy plan, toporna sekcja). W sumie niby sporo jest tu gitarowej zajadłości, ale jakoś nie udało się tej energii przenieść przez głośniki na słuchacza. Wszystko to strasznie się gryzie i pasuje jedno do drugiego jak sanki w tropikach. W efekcie cała płyta robi wrażenie wymuszonej - najlepszy przykład to monotonne do bólu “Zero The Hero”, które nabija licznik aż do 7:37, jakby chciano na siłę naciągnąć czas trwania płyty. To samo jest w końcówce "Disturbing The Priest", w nagraniu tytułowym czy w "Keep It Warm". Równie marnie wypadają oba instrumentale, które komplenie nic nie wnoszą. Nie ma energii i radości grania, wszystko siłowe i “bezjajeczne”. Jako ciekawostka: z poziomem płyty koresponduje okładka, która zawsze jest w czołówce rankingów na najgorszą okładkę wszechczasów.
Od biedy można wskazać obłąkańcze "Disturbing The Priest" z mechanicznym riffem oraz zadziorne "Keep It Warm" z ciekawym "falowaniem" basu, a w końcowej partii fajnie się rozpędzające i nakręcone gitarową solówką.

Seventh Star
Skład: Glenn Hughes – wokal;  Tony Iommi – gitara; Geoff Nicholls – instrumenty klawiszowe; Dave Spitz – bas; Eric Singer – perkusja;
Rok wydania: 1986
Ocena: jest lepiej niż dobrze, ale jeszcze nie bardzo dobrze - 7/10

To też nie miała być płyta Black Sabbath, tylko solowy projekt Iommiego*, stąd brzmienie jest znów dalekie od klasycznego, ale sam poziom płyty jest naprawdę dobry. Zgrabnie zmieszano tu sabbathowskie riffy, szybką i stosunkowo lekką grę sekcji i mocny "heavy-bluesowy" wokal. Głos Hughesa - mocny, nisko brzmiący, z fajnym, "amerykańskim" feelingiem i specyficzną chropowatością, wpasowuje się w tą muzykę o niebo lepiej niż Ian Gillan na poprzednim albumie (choć w barwach Deep Purple Hughes do Gillana nie ma w ogóle startu). A w numerach takich jak hardrockowe “Danger Zone” czy bluesujące “Heart Like A Wheel” to już w ogóle czuje się jak ryba w wodzie. Znacznie więcej jest tu energii i zadziorności oraz chęci do gry - wszystko brzmi dzięki temu o wiele bardziej przekonująco. Choć płyta jest krótka (34 minuty) i kilka nagrań siłą rzeczy również, to nawet w tych 3 minutach z hakiem jest tutaj dwa razy więcej energii niż w znacznie dłuższych - ale rozmemłanych i przeciągniętych - numerach z “Born Again”. Riffy ostre, odpowiednio ciężkie i dynamiczne, choć przy tym sporo luzu. Chociaż nie wszystkie kawałki się udały (“Turn To Stone” ma energię, ale kompletnie brakuje mu myśli przewodniej), a co poniektóre kompletnie nie brzmią jak Sabbsi (ballada "No Stranger To Love" czy przebojowe, hardockowe "Danger Zone oraz "Heart Like A Wheel"), to nie zmienia to faktu, że cała płyta jest na poziomie więcej niż dobrym i słucha się jej z przyjemnością.
Świetne wrażenie robi majestatyczne nagranie tytułowe, chwytliwe jak diabli "Danger Zone" z motorycznym riffem oraz metalowy bluesior "Heart Like A Wheel" z kapitalnym mieleniem Iommiego. Bardzo dobre jest także konkretne i zadziorne "In For The Kill" oraz mocno “purpurowe” "Angry Heart".

* Co zresztą znalazło odbicie w kuriozalnym napisie na okładce “Black Sabbath featurning Tony Iommi”. Przecież wyrzucanie gitarzysty - jedynego członka zespołu, który grał na wszystkich płytach zespołu - “poza nawias”, ma równie dużo sensu jak wydanie albumu Iron Maiden featurning Steve Harris albo King Crimson featurning Robert Fripp.

środa, 16 października 2013

Treściwą serią po Black Sabbath cz. 4 - recenzje płyt Heaven And Hell oraz Mob Rules

Heaven And Hell
Skład: Ronnie James Dio – wokal; Tony Iommi – gitara; Geezer Butler – bas; Bill Ward – perkusja; Geoff Nicholls – instrumenty klawiszowe
Rok wydania: 1980
Ocena: genialne, zachwycające; arcydzieło - 10/10

Jeden z klasycznych albumów zespołu i w historii heavy metalu w ogóle. Odłożono na bok wszelkie "naleciałości" i dziwne pomysły, skupiając się na czystej metalowej formie. Każdy numer ma swoją myśl przewodnią i odgrywany jest w skupieniu oraz na pełnej koncentracji. Duża intensywność i potężny poziom energii jest tu aplikowany przez całe 40 minut. Nie ma ani momentu dłużyzn, nie ma wypełniaczy - wszystkie nagrania na wysokim poziomie - obok "Sabbath Bloody Sabbath" to najrówniejszy album zespołu. Układ płyty jest taki, że mamy piosenki nieco prostsze, szybsze i krótsze na przemian z dłuższymi, cieższymi i bardziej rozbudowanymi. Te drugie mają spokojne, nastrojowe początki albo tkane na akustyku (“Children Of The Sea”), albo wygrywane na klawiszach (“Die Young”), jedynym wyjątkiem jest nagranie tytułowe, które bez kombinacji od razu rozbija bębenki w uszach majestatycznym riffem. Po rozstaniu się z Osbournem, sięgnięto po Ronniego Jamesa Dio, który wypada tutaj rewelacyjnie, zarówno jako wokalista, jak i tekściarz.* Ozzy to oczywiście wielka charyzma, ale technicznie Dio kładzie go na łopatki i to jedną ręką. Jego wokal brzmi niezwykle epicko, majestatycznie, głos jest czystszy i mocniejszy, więcej jest także “zabaw” z melodią. Potrafi też zabrzmieć z hardrockowym posmaczkiem, nieco dynamiczniej wyrzucając wersy (jak choćby w “Lady Evil”). Wielka jest też forma Butlera - jest go tutaj bardzo dużo, gra gęściutko, momentami brzmiąc jak gitara (“Heaven And Hell”, “Die Young”) - wyższego poziomu basowych pochodów na płytach Sabbsów nie da się znaleźć. Iommi również prezentuje bardzo wysoki poziom - gra ostro i świdrująco, a przy tym bardzo żwawo i dość dynamicznie (w “Walk  Away” jest nawet jakiś taki pozytywny feeling i rockowe rozbujanie).
Genialnie odśpiewany utwór tytułowy ** z majestatycznym riffem przewodnim, świetnym nerwem basu i miażdżącym energią przyśpieszeniem oraz "Children Of The Sea" z klimatycznym wstępem na akustyku, potem kapitalnym, jednym z najciekawszych riffów Iommiego (zagranym jakby na dwa tempa). Dynamiczne "Die Young" z klimatycznym, syntezatorowym wstępem i zaskakującym wyciszeniem w którym Dio szepcze: "die young... die young..." oraz potężne, wolno przetaczające się "Lonely Is A World" z gitarowymi popisami Iommiego. Wśród numerów “prostszych” trzeba zwrócić uwagę na "Lady Evil" z niesamowitym pulsem sekcji oraz dynamiczne “Neon Knights”.

* Wersy “Heaven And Hell” to jak dla mnie jedna z najlepszych tekstowo rzeczy w historii muzyki. Jak tu nie mieć ciarów na plecach, jak Dio wyśpiewuje:
"The lover of life's not a sinner
The ending is just a beginner
The closer you get to the meaning
The sooner you'll know that you're dreaming"

** Wersja z płyty jest genialna, ale mimo tego ekipa w składzie Dio, Iommi, Butler oraz Appice występujaca pod szyldem Heaven And Hell i tak ją przebiła. Na koncertowym DVD z 2009 roku  zarejestrowanym w Rockpalast, znajduje się 19-minutowa wersja, która jest istnym misterium, z mistrzem ceremonii w osobie Dio oraz Iommim, który wygrywa na gitarze istne cuda, eksplorując klimaty metalowe, rockowe, bluesowe, a nawet jazzowe (od 56:45).

Mob Rules
Skład: Ronnie James Dio – wokal; Tony Iommi – gitara; Geezer Butler – bas; Vinny Appice – perkusja; Geoff Nicholls – instrumenty klawiszowe
Rok wydania: 1981
Ocena: jest lepiej niż dobrze, ale jeszcze nie bardzo dobrze - 7/10

Płyta bardzo podobna do poprzedniczki, tylko ogólnie rzecz biorąc - wyraźnie słabsza. Nie ma tej świeżości i energii, wyraźnie gorsze są także rozwiązania melodyczne. Brzmienie jest bardziej surowe, bardziej posępne i kanciaste. Pojawia się nieco więcej klawiszowych ozdobników, które dobrze komponują się z muzyką (przede wszystkim w “E5150”, ale też w “The Sign Of The Southern Cross” czy “Falling Off The Edge Of The World”). Jeśli chodzi o charakterystykę nagrań, to nie ma tu tak wyraźnego podziału jak na "H&H". Są dwa nagrania dłuższe, bardziej rozbudowane, majestatyczne, reszta jest utrzymana w tempach szybkich lub średnich, z większą dawką drapieżności. Album bardzo równy, bas nadal daje czadu, a Dio śpiewa pięknie, mocarnie, ale i delikatniej jak trzeba (bardzo nietypowe dla niego wokalizy na początku “The Sign….”). W sumie mamy tu nagrania dobre lub bardzo dobre, ale brakuje tych genialnych.
Pełen rozmachu, monumentalny "The Sign Of The Southern Cross", dynamiczne "Falling Off The Edge Of The World", pełne energii "The Mob Rules" oraz "Voodoo" z ostrym i mechanicznym riffem. Intrygująco wypada też "E5150" - instrumental, będący połączeniem stylistyki Pink Floyd i Black Sabbath.

piątek, 11 października 2013

Treściwą serią po Black Sabbath cz. 3 - recenzje płyt Technical Ecstasy oraz Never Say Die!

Technical Ecstasy
Skład: Ozzy Osbourne – wokal; Geezer Butler – bas; Tony Iommi – gitara;
Bill Ward – perkusja
Rok wydania: 1976
Ocena: słabe, nudne, nieciekawe; zero przyjemności z odsłuchu - 3/10


Jest to granie zupełnie inne stylistycznie niż wcześniej i o wiele słabsze  jakościowo. Nie ma tu śladu po mroku pierwszych albumów, nie jest tak agresywnie, ani różnorodnie. Zespół odgrywa patenty już sprawdzone, przy czym robi to w sposób bardziej luzacki, nie tak intensywny, zdecydowanym ruchem upraszczając nagrania. Mniej jest partii instrumentalnych, a jeśli są - to krótkie, przy czym w większości przypadków nawet przez te kilkanaście/dziesiąt sekund nie udaje się stworzyć nic ciekawego. Pełno jest tu nietrafionych rozwiązań kompozycyjnych, a melodie są wręcz fatalne - przekomplikowane, udziwnione i bez wyrazu. Riffy w większości również mało zajmujące, w dodatku są odgrywane z jakimś takim wycofaniem i nieśmiałością - brakuje tu zadziorności, pazura i majestatyczności. Na plus można zapisać tylko postawę Geralda Woodruffe’a, który fajnie pogrywa na klawiszach - sporo ciekawych momentów jest nawet w nagraniach ogólnie bardzo słabych jak “It’s Alright” czy “You Won’t Change Me”. Po “ciemnej stronie mocy” znajdują się zarówno dwie ballady-niewypały (żenujące wręcz "It's Allright" z katastrofalnym wokalem Warda oraz płaczliwe "She's Gone"), dwa szybsze nagrania, które miały być bardziej zadziorne ("Back Street Kids" i "Rock'n'roll Doctor"), a także "You Won't Change Me" - niby najmocniejsze i najbardziej “w klimacie” Sabbathów, ale niezwykle nudne. To w ogóle jest słowo-klucz - przy większości numerów aparat gębowy otwiera się z ziewnięciem tak szerokim, że aż zawiasy puszczają.
Jedyny dobry numer to  najdłuższe na płycie, chropowate "Dirty Woman" z rozbudowaną partią instrumentalną. Do tego można na upartego dorzucić żywe i rytmiczne "Gypsy" oraz luzackie  i zadziorne "All Moving Parts (Stand Still)".


Never Say Die!
Skład: Ozzy Osbourne – wokal; Geezer Butler – bas; Tony Iommi – gitara;
Bill Ward – perkusja; gościnnie: Don Airey - instrumenty klawiszowe;
Rok wydania: 1978
Ocena: jest lepiej niż dobrze, ale jeszcze nie bardzo dobrze - 7/10


Album ten - podobnie jak poprzedni - mocno odchodzi od pierwotnego stylu grupy - ale w przeciwieństwe do “TE” - tutaj muzyka jak najbardziej się broni. Znów jest sporo luzu, w przeważającej części mamy tu do czynienia z rockiem raczej niż z metalem, ale z pewnością jest nieco ciężej i zdecydowanie zadziorniej. Nagrania są nieco dłuższe, a przy tym dobrze przemyślane - nie ma takiego chaosu kompozycyjnego i poplątania. O niebo lepsze są także melodie - nawet jeśli mają nieco piosenkowy sznyt (jak np. w “Junior’s Eyes”), to robią co najmniej dobre wrażenie.Gitara jest chwilami nieco wycofana i Iommi nie gra tutaj roli tak pierwszoplanowej jak na starszych płytach, ale porównania do TE w ogóle nie ma, bo tutaj w jednym nagraniu dzieje się gitarowo więcej niż na całej poprzedniej płycie. Mocniej za to słychać bas. Jest dużo fajnych pomysłów, sporo się dzieje, album jest równy, w kilku nagraniach świetnie wykorzystano klawisze, sięgnięto także po dęciaki czy saksofon.
Świetnie pulsujące i zadziorne "Junior's Eyes" oraz spokojne "Air dance" ze świetnymi klawiszami, jazzującym zwolnieniem i dalszą częścią instrumentalną. Ostry "Over To You" z najcięższym na płycie riffem i delikatnymi klawiszami, dynamiczne "Never Say Die", utrzymane nieco w duchu numeru “Paranoid” oraz instrumentalne "Break Out" z dęciakami i świetną partią saksofonu.

środa, 9 października 2013

Treściwą serią po Black Sabbath cz. 2 - recenzje płyt Vol. 4, Sabbath Bloody Sabbath, Sabotage

Poza rewolucją czysto brzmieniową Sabbsi przykuli do swojej muzyki niepokojącą, często demoniczną otoczkę - widoczną w muzyce (z lubością stosowany chwyt muzyczny o posępnym brzmieniu - tryton, zwany interwałem diabła), w tekstach, w image'u zespołu wypełnionym czernią i krzyżami, a także w zainteresowaniach i zachowaniach członków zespołu. W tym ostatnim przodował Ozzy - słynne są jego zabawy z odgryzaniem głów gołębi, skręcaniem karków nietoperzy czy wciąganiem mrówek do nosa. Swoje robiły także wywiady w których mówił o morderczych myślach, które prześladowały go w dzieciństwie, albo o tym, że czuje się opętany przez zewnętrznego ducha - wszystko to nie mogło pozostać bez echa w muzycznym świecie. W innym wywiadzie mówił wprawdzie, że to tylko taka gra z jego strony, a sprawa z nietoperzem była wypadkiem, gdyż Ozzy myślał, że ma w rękach (a potem w ustach) element scenografii, ale ziarno zostało zasiane.

Vol. 4
Skład: Ozzy Osbourne – wokal; Geezer Butler – bas; Tony Iommi – gitara;
Bill Ward – perkusja
Rok wydania: 1972
Ocena: znakomite i rewelacyjne; trzeba to mieć - 9/10

Jeden z najlepszych, najciekawszych i najbardziej zróżnicowanych albumów zespołu. Jest ciężko, jest nastrojowo i nostalgicznie ("Laguna Sunrise"), jest wręcz skocznie ("St. Vitus Dance"), jest kapitalna ballada, jest agresywnie ("Supernaut"), jest nawet odjechany, psychodeliczny "FX" - choć akurat to bardziej jako ciekawostka, bo tego numeru to chętnie bym się z płyty pozbył. Świetnie się tego słucha, wszystko poukładane, skoncentrowane i choć ciężaru oraz mroku jest tu mniej niż wcześniej, to od strony pomysłów i aranżacji jest to rewelacja. Szczególnie przykuwają uwagę bardzo dopracowane linie melodyczne. Znów zwiększono ilość dynamicznych instrumentalnych partii; tak jak na poprzedniej płycie jest też nieco więcej dynamiki, a mniej basowego pulsu.
Rewelacyjne jest "Wheels Of Confusion" - nagranie o progresywnej strukturze, ze świetnym bluesowatym wstępem, potem przyśpieszający i przechodzący w długą partię instrumentalną. Delikatne, nasączone rozpaczą "Changes" ze świetnym fortepianem, drapieżne "Supernaut" z zabójczymi, jednymi z najlepszych w karierze riffami Iommiego i niesamowitym pulsem sekcji oraz miarowo toczące się "Snowblind". A na koniec zestaw 3 numerów o kompletnie zróżnicowanym charakterze, tworzącym eklektyczną, ale zgrabną całość - nostalgiczne, akustyczno-smyczkowe "Laguna Sunrise", surowe i rytmiczne "St. Vitus Dance" i ciężkie "Under The Sun".

Sabbath Bloody Sabbath
Skład: Ozzy Osbourne – wokal; Geezer Butler – bas; Tony Iommi – gitara;
Bill Ward – perkusja; gościnnie: Rick Wakeman - instrumenty klawiszowe;
Rok wydania: 1972
Ocena: genialne, zachwycające; arcydzieło - 10/10

Arcydzieło i najlepsza płyta zespołu. Najbardziej dopracowana, najbardziej urozmaicona, znakomita kompozycyjnie i aranżacyjnie. Nie jest to już granie ultraciężkie, niemal zrezygnowano także z przytłaczającego klimatu, ale muzyka nadal jest bardzo agresywna i pełna zadziorności. Nagrania są krótsze (średnio 5,5 minuty), ale jest to czas wykorzystany do maksimum - numery są ubite, gęste od pomysłów, zmieniają się jak żywe srebro (dotyczy to także partii instrumentalnych, które są niezbyt długie, ale nadal znakomite). Tak, jakby zespół chwycił nagrania w garść, wycisnął wodziankę i pozostawił tylko to, co ważne - sam rdzeń i konkrety. Mamy tutaj całe kilogramy drapieżnych riffów, a także najlepsze w historii Sabbsów linie melodyczne - wszystko bardzo nośne i chwytliwe. Album jest niezwykle równy i zróżnicowany - w każdym numerze dużo się dzieje i każdy obsypano hojnymi garściami smaczków i ozdobników. Mamy tu świetne rozwiązanie rytmiczne (różne są opinie o Wardzie, ale tu pokazuje klasę), kapitalne żonglowanie dynamiką nagrań (dużo przyspieszeń, ale i dużo zwolnień o rockowym zabarwieniu), a do tego aranżacyjny rozmach i kompozycyjny luz. Odważnie sięgnięto po syntezatory i inne "dziwne" z punktu widzenia Sabbsów instrumenty, jak flet, organy, melotron, kotły, bongosy, a swoje trzy grosze dołożył Rick Wakeman na fortepianie i mini moog’u. Poza "Who Are You", który nie jest w pełni przekonujący, są tu same killery.
Utwór tytułowy z miażdżącym riffem, "A National Acrobat" z rewelacyjną, ultrachwytliwą solówką oraz instrumentalny, rozmarzony i prześlicznie rozkołysany "Fluff" (jak dla mnie najlepsze spokojne nagranie BS - tuż przed “Planet Caravan” oraz “Changes”). "Killing Yourself To Live" z dynamiczną partią instrumentalną, "Spiral Architect" z tkanym na akustyku wstępem oraz skrzypcowymi wstawkami, "Sabbra Cadabra" w połowie dynamiczny rock'n'roll, potem zwalniający, zamotany basowo i klawiszowo (tu właśnie kapitalnie miesza gościnnie Rick Wakeman) oraz "Looking For Today" ze zwolnieniami podlanymi dźwiękami fletu.

Sabotage
Skład: Ozzy Osbourne – wokal; Geezer Butler – bas; Tony Iommi – gitara;
Bill Ward – perkusja
Rok wydania: 1975
Ocena: jest lepiej niż dobrze, ale jeszcze nie bardzo dobrze - 7/10

Trochę jak w przypadku "Master Of Reality" - jest ostro i ciężko, bardzo agresywnie momentami, ale wszystko to jest słabo przykuwające uwagę (choć płyta była nagrywana rok, a więc czas aby ją dopracować był). Sporo jest tu ciekawych, ostrych, szybkich ciętych riffów Iommiego, które w takim na przykład “The Writ” brzmią mocno mechanicznie i nowocześnie. Ale niestety mankamentów też tu trochę jest - sekcja gra bardzo monotonnie, a niektóre melodie są kompletnie bez wyrazu (“Am I going insane… insaaane...zzz…zzz… (i już śpię)). Ogólnie słucha się tego dobrze, ale pozostaje uczucie niedosytu - są numery, które mogłyby być świetne (“Supertzar", "Thrill Of It All", "Megalomania"), ale że nie wszystkie muzyczne puzzle zostały ułożone prawidłowo, to w efekcie numery są nierówne. Brakuje im też kompozycyjnego błysku.
Jeden z najcięższych, najostrzejszych i najbardziej dynamicznych utworów zespołu "Symptom Of The Universe" oraz rozbudowane i niepokojące "The Writ" z szaloną linią melodyczną oraz akustyczno-folkowymi zwolnieniami. Dwa numery “stracone w akcji” - w “Megalomania” mamy świetny efekt wokalny (coraz głośniejsze “echo”) w wolnej partii oraz bardzo dobry riff napędzający część dynamiczną, ale większość numeru jest niestety nudna jak flaki z olejem - bądź co bądź jest to blisko 10 minut grania, a dzieje się tam dwa razy mniej niż w numerach z poprzedniej płyty. Podobnie nierówny jest “Supertzar” - jest fajny klimat z ciekawymi chórami oraz bardzo dobra gitarowa wycinanka, ale w połowie nagrania zespół stracił koncepcję, co z tym zrobić dalej.

poniedziałek, 7 października 2013

Treściwą serią po Black Sabbath cz. 1 - recenzje płyt Black Sabbath, Paranoid, Master Of Reality

Najkrócej mówiąc: twórcy metalu. Jest wprawdzie kilka zespołów, które mogłyby powiedzieć o sobie “graliśmy metal before it was cool”, bo było przecież Deep Purple, było Led Zeppelin, było King Crimson, był Hendrix, a z mniej znanych - choćby Atomic Rooster, ale jednak to Black Sabbath byli faktycznymi pionierami metalu. Na pierwszych sześciu płytach zespołu można znaleźć gotowe przepisy na niemal wszystkie główne podgatunki spod znaku ciężkiego grania. Począwszy od klasycznego heavy, przez NWOBH, metal symfoniczny, progresywny death (w stylu Opeth), aż po doom metal. Z punktu widzenia wpływu na muzykę całej Klasycznej Pierwszej Szóstce (KP6) należałoby w związku z tym dać “10”, ale jednak różnice w jakości pomiędzy tymi płytami są spore - stąd oceny będą odarte z przesadnego szacunku.

Black Sabbath
Skład: Ozzy Osbourne – wokal, harmonijka; Geezer Butler – bas; Tony Iommi – gitara; Bill Ward – perkusja
Rok wydania: 1970
Ocena: znakomite i rewelacyjne; trzeba to mieć - 9/10

Trzy dni i sześćset dolarów. Tylko tyle było potrzebne, aby nagrać album, który stał się podwaliną dla heavy metalu. W momencie jego ukazania się był to szok, bo chociaż pobrzmiewają tutaj naturalnie echa innych klasyków - choćby Led Zeppelin (“The Wizard”), Deep Purple (“Evil Woman”) czy The Doors (“The Warning”) - to jest to zupełnie inny poziom muzycznego ciężaru i energii. Mroczne, kanciaste brzmienie, mocarna perkusja, mnóstwo świetnych i wyrazistych partii basu, majestatyczne i miażdżące riffy. Iommi gra tutaj tak, jak już nigdy potem grał nie będzie - pełno jest partii surowych, świdrujących, jazgotliwych (“The Warning” czy “Sleeping Village”). Czuć, że znaczna ich część jest improwizowana (dotyczy to wszystkich muzyków - cóż, czasu w studio było mało), co w połączeniu z mocno przeciętną produkcją dało efekt niezwykłej surowości i pierwotnego sznytu charakterystycznego dla płyt “live”. Swoje robi też wokal Ozzy’ego, który wyśpiewuje frazy głosem niższym niż później, często niechlujnie, jakby brudząc linie wokalne i w sposób wyraźnie nietrzeźwy (“The Warning”) - ale współbrzmi to z muzyką świetnie, a i charyzmy odmówić mu nie sposób. Całość utrzymana jest w wolnych lub średnich tempach, tylko w instrumentalnych fragmentach zespół nieco przyspiesza. Choć utwory momentami są trochę nierówne, to i tak nurzanie się w tej niesamowitej, gęstej atmosferze jest wręcz fascynujące.
Oczywiście znakomity utwór tytułowy - posępne misterium utrzymane w thrillerowo-pogrzebowej atmosferze, potem świetnie rozpędzające się w części instrumentalnej. "The Warning" ze wscieklymi i jazgotliwymi blues-metalowymi solówkami Iommiego, pełne swoistego mrocznego wyuzdania (do tego nagrania mogłaby tańczyć Jessica Alba w filmie “Sin City”), ze świetnym duetem basowo-gitarowym. Chwytliwe "N.I.B." z rozbudowanym intrem na basie i świetnym riffem oraz głównie instrumentalne “Sleeping Village” (choć szkoda,  że klimatyczna zwrotka pojawia się tylko na początku).

Paranoid
Skład: Ozzy Osbourne – wokal; Geezer Butler – bas; Tony Iommi – gitara;
Bill Ward – perkusja
Rok wydania: 1970
Ocena: genialne, zachwycające; arcydzieło - 10/10

Najbardziej popularna płyta zespołu i bez dwóch zdań jedna z trzech najlepszych. Znów jest niesamowity ciężar, mroczny klimat, histeryczny wokal i mocarna sekcja. Ale muzycy przenieśli wszystko na wyższy poziom - całość jest lepiej wyprodukowana, znakomicie zaaranżowana, a do tego bardziej skupiona i przemyślana. Każdy z osobna gra świetnie, a przy tym znakomicie się uzupełniają, tworząc ciekawą i pełniejszą oraz bardzo nośną muzykę. Nieco mniej jest tu surowości, a więcej płynności, co bardzo dobrze jest słyszalne także w wokalu Ozzy’ego - mniej niedbałym, mocniejszym i solidniejszym. Dużo jest tu instrumentalnych partii, zwykle mocno rozpędzonych - a wszystkie są na poziomie niezwykle wysokim. Riffy Iommiego równie ciężkie co na debiucie, ale bardziej oszlifowane i chwytliwe - w wielu miejscach jest to granie wręcz wybitne (dwie wspaniałe partie instrumentalne w “War Pigs” - ostra, chwilami jazgotliwa pierwsza i pulsująca drugą; dwie równie świetne w “Iron Man”; dynamiczna jazda w “Hand Of Doom”). Pierwsza połowa płyty to same ponadczasowe killery, a druga niemal jej dorównuje.
"War Pigs" to bez dwóch zdań jeden z najlepszych utworów w historii - ciężki, klimatyczny, ostry, a jednocześnie rytmiczny i melodyjny, okraszony kapitalnymi riffami. Subtelne, delikatnie snujące się "Planet Caravan" z transowym rytmem basu i subtelnymi gitarowymi wygibasami (jak znalazł do puszczenia sobie podczas spaceru astronauty w kosmosie) oraz wywołujący ciary od pierwszej sekundy "Iron Man" z miażdżącym riffem. Kapitalnie skontrastowany "Hand Of Doom", rytmiczne i agresywne "Fairies Wears Boots", no i największy “przebój” zespołu czyli zadziorne i niedbałe "Paranoid" (numer fajny, ale na tle pozostałych wypada jakoś - tak, wiem, że to herezna - przeciętnie).

Master Of Reality
Skład: Ozzy Osbourne – wokal; Geezer Butler – bas; Tony Iommi – gitara;
Bill Ward – perkusja
Rok wydania: 1971
Ocena: jest lepiej niż dobrze, ale jeszcze nie bardzo dobrze - 7/10

Płyta krótka - 34 minuty - w tym tylko 6 "regularnych" utworów, które oscylują koło 5 minut. Utwory zostały mocno uproszczone, trochę mniej jest w niej mroku i klimatu. Wzrosły za to nieco tempa, do tego mamy zaostrzone, nieco szybsze riffy - momentami brzmi to jak New Wave Of British Heavy Metal o ładnych kilka lat przed Judasami  oraz Maidenami. W sumie płyta ważna dla muzyki, ale z KP6 (Klasycznej Pierwszej Szóstki) jednak najsłabsza - nie ma porywających melodii (a takie “Solitude” wręcz nudzi), nie ma tak ciekawych aranżacji, mało jest też partii instrumentalnych, tak ważnych na poprzednich płytach. W sumie powalających fragmentów jest niewiele, da się za to znaleźć momenty “zmulające” i grzęznące w braku weny.
Rozpędzone "Children Of The Grave" z dynamiczną solówką Iommiego i potępieńczym zakończeniem, najcięższe na płycie i kapitalnie "ubasowione" "Lord Of This World" oraz "Into The Void" z walcującym riffem.